• Wpisów:49
  • Średnio co: 40 dni
  • Ostatni wpis:5 lata temu, 17:48
  • Licznik odwiedzin:2 088 / 2002 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
wampirzyca95
 
victoria1115
 
Dzięki , mam 15
chętnie poczytam ;]
 

victoria1115
 
wampirzyca95
 
Świetny blog Naprawdę mi się podoba. Zastanawia mnie ile masz lat? Wpadnij do mnie. Piszę książkę w której są wampiry itp..
 

 
Rozdział 20
-Czyli to tutaj ? –spojrzałam na szary budynek. Taki normalny, przeciętny. Ale w sumie to czego ja się spodziewałam? Willi z napisem ‘’wstęp tylko dla nadprzyrodzonych’’ , głupie. Wysiadłam z auta. Od wyjścia z domu Diany minęło zaledwie 10 minut. Weszliśmy całą grupką do hoteliku. Na nasz widok w mgnieniu oka pojawiły się obok nas straże.
-Aetas Caelum Advenio. –wyrecytowała Ashley pięknym, głębokim głosem. Ludzie oddalili się.
-A co ty w sumie powiedziałaś – zapytałam szeptem.
-Czas nieba nastąpił. Takie można powiedzieć hasło –mrugnęła okiem. Przeszliśmy kilka schodów w górę dochodząc do sali numer 6. Był tam standardowy szpitalny wystrój.
-Musisz się przebrać –powiedział Jack.
-Ale po co? Ona chyba ma wiedzieć, że ze mną wszystko ok.
-No w sumie i tak jutro musisz iść do szkoły.
-Właśnie. Nie jutro tylko dziś. Za kilka godzin – spojrzał ze współczuciem.
-Dobra to poczekajmy na panienkę Lily, a jak zajmiemy czas zanim ona tu przyjedzie?
-Weź myśli poważnie. Ona zna mnie na tyle dobrze, że się domyśli, że coś się zmieniło w moim życiu. Ja… Nie chcę jej okłamywać –westchnął. Po chwili pokiwał głową. –Co?
-Powiedz jej.
-Ale przecież to tajemnica!
-No wiesz. Z tego co zauważyłem to ona jest oddaną przyjaciółką. Nie zdradziła żadnego twojego sekretu. W ogóle to wiesz, przydałby się ktoś zaufany jeszcze w szkole. Byłoby łatwiej Ci przez to przejść –usłyszałam warkot silnika.
-Przyjechała. Masz rację powiem jej wszystko, ale chcę żebyś mi pomógł.
-Dobra nie ma sprawy. Jak chcesz to weź jeszcze Ash, Samuela i..
-Taya?
-Tak –powiedział z przekąsem. Zeszliśmy na dół gdzie czekała rozszalała Lily. W momencie kiedy mnie zobaczyła ruszyła biegiem w moją stronę, rzucając mi się na szyję i zwalając z nóg.
-Kochana nic Ci nie jest? –pytała się co chwila. Troszkę to zaczynało się robić frustrujące, więc mój chłopak odchrząknął lekko. Odwróciła się w jego stronę, wstając przy tym z gracją modelki i posyłając groźnie wyglądające spojrzenie.
-To ty! Przez Ciebie –podeszła do niego i walnęła mu z liścia w twarz. Zdławiłam krzyk. Pocierał dłonią czerwony ślad na policzku.
-Lily musimy pogadać. Nasza trójka i jeszcze kilka innych osób – zrobiła zdziwioną minę, ale poszła wraz ze mną i pozostałymi do pokoju. Przyglądała się każdemu nie widząc sensu w tym zbiegowisku.
-No więc. Jakby Ci to powiedzieć. Ja my nie jesteśmy normani.
-No wiesz jazda samochodem o 5 rano nie jest normalna.
-Źle to zabrzmiało. My nie jesteśmy ludźmi.
-A co może wampirami –zapytała kpiąco unosząc brew.. Ale po chwili jej mina się zmieniła widząc powagę na twarzach innych.
-Cóż.. Wampiry tu są dwa. –zeskoczyła z łóżka. Stając przodem do nas. Chciała mieć wszystkich na oku.
-Kompletnie zwariowałaś Emy! Zawsze byłaś pokręcona ale to już jest przesada!
-To nie jest żart Lily. Mówię poważnie.
-Zakładając, że Ci wierzę , choć wcale tak nie jest, to kto tu jest wampirem?
-A spróbuj zgadnąć.
-Ten szatyn mi wygląda na jakieś niegrzecznego –wybuchłam śmiechem, a Tay się lekko zaczerwienił. –No i jeszcze może twój chłopak co?
-Nie trafiłaś. Znasz Ashley? Chodzi z nami do klasy.
-No znam a co?
-To ona i Simon ten obok niegrzecznego chłopca. –spojrzała na nich podejrzliwie.
-Zawsze wydawałaś mi się jakaś inna –wskazała palcem na Ash, mało kulturalnie, ale cóż.
-No a nasz niewartus to zmiennokształtny –poklepałam go po głowie. Warknął więc się odsunęłam. –A Jack to upadły anioł –dokończyłam spoglądając na twarz przyjaciółki. Stała bezruchu. Odczytałam jej myśli wierzyła. Wierzyła mi całym sercem.
-A ty też kimś takim jesteś?
-Ja.. Trudno powiedzieć. Dziś się dowiedziałam, że umiem czytać w myślach, jestem telepatką, potrafię bardzo szybko biegać, rany goją mi się w przeciągu kilku sekund, a i umiem walczyć, czyli chodzi mi o wszystkiego rodzaju broń.
-Superbohater z Ciebie! –zaśmiała się dźwięcznie. Nie była specjalnie zdziwiona. Cieszyło mnie, że tak łatwo przyjęła to do wiadomości.
-No tak, kochanie zapomniałaś o czymś jeszcze. Erick. –skrzywiłam się na sam dźwięk tego imienia.
-Taa. Cóż to już trzeba opowiedzieć od początku. A zrobi to najlepiej Jack. –spojrzał na mnie zniesmaczony.
-No dobraa. Słuchaj uważnie –opowiedział całą historię wspominając o tym, że ja się odradzałam, że teraz mogę cofać się w czasie, że on chce mnie wiecznie zabić. Niczego nie pominął. Nawet planu unicestwienia i jej rolę w nim. Pokiwała głową.
-Tylko jeden drobny szczegół. W poniedziałki nie robią badań Emik –walnęłam się ręką w głowę. Zupełnie o tym zapomniałam.
-Co teraz?!
-O Boże czy ty nigdy nie kłamałaś jeszcze? Kochanie miałaś wesele, później poprawiny i zaspałaś. Proste. Nikt się nawet nie będzie dziwił jak będziesz lekko przymulona.
-Aniele już wiem czemu upadłeś. Jesteś mistrzem kłamstw –posłał mi całusa.
-Zakochani. Jak ona ma dziś kogoś unicestwić to musimy się zbierać chyba co –cała Lily. Zawsze wszystkich ustawia do pionu.
-Racja. Jack mam pytanko. Ile masz u siebie sypialni?
-Pięć sypialni, dwa pokoje gościnne, a co?
-No może jakbyś nie miał nic przeciwko to byśmy wszyscy się u Ciebie przespali. Nie chciałabym żeby Li wracała sama do domu.
-Pewnie kochanie. Zapraszam wszystkich na piżama party. –walnęłam go w ramię. –Skarbie trzeba ci zdjąć szwy. –zrobiło mi się nieco niedobrze. Spojrzałam na przyjaciółkę w której oczach widziałam współczucie. Zdjęłam bluzę. Z opatrunkiem pomogła mi Ashley, po nim ukazały się szwy. Nieprzyjemny widok.
-Będzie blizna?
-Taka maleńka –pokazał palcami pół centymetra. Roześmiałam się. –Mówię poważnie. Blizny nam się ładnie zrastają. Nie będzie prawie śladu.
-Tak się cieszę. –w ręku Simona zalśniły nożyczki. Szwy odpadały jedna po drugiej. W końcu skończyły się, ręka mnie trochę piekła, ale tak w ogóle to nie był koszmarnie. Ubrałam się znowu. Wyszliśmy z budynku i całą siódemką do domu Jacka.
 

 
Jeszcze tydzień i będę mieć laptopka ! W końcu dokończę książkęęę !
 

 
Ludzie komp mi się popsuł !!!!!!!!! Przepraszam was za taką długą przerwę ... ! .. Do zobaczenia ! Pa
 

 
Mam bardzo złą wiadomość dla czytelników mojej książki. Niestety to był ostatni rozdział gotowy. Teraz musicie chwilkę poczekać, aż napiszę końcówkę... Ale tym co nie czytali jeszcze, a chcą to życzę miłego czytania, a tym co czytali obiecuję, że na pewno do końca lipca wstawię końcówkę. Dzięki za uwagę. Pa
 

 
Rozdział 19
Otworzyła mi piękna, wysoka, szczupła, czarno włosa, zielono oka kobieta. Weszłam do środka. Zaprowadziła mnie do kuchni. Usiadła przy stole dopijając herbatkę ziołową.
-Czego chcesz -zapytała oziębłym tonem który był przeciwieństwem jej wyglądu.
-Wzywa cię.
-Kto?
-Mój pan.
-Gdzie?
-Na plac za dziesięć minut.
-Po co mu ja?
-Ma sprawę do ciebie.
-Ale jaką ja się ciebie pytam.
-Tajemniczą -odwróciłam się tyłem do niej zdjęłam czapkę rozpóściłam włosy i starłam makijaż, odwróciłam się z powrotem i jej mina gdy mnie ujrzała była pełna zdumienia, obawy i radości wybiegła z kuchni tak jak podejrzewałam i zdeżyła się z Jackiem w drzwiach wejściowych. Przygarnął ją ramionami. Było widać jak bardzo tęsknił za swoją siostrzyczką. Obydwoje zaczęli płakać i przepraszać się na wzajem za wszystko. To była bardzo wzruszająca scena, ale niestety musiała się zakończyć bo mieliśmy sporo do pogadania.
-Jak ja za Tobą tęskniłam braciszku -chrząknęłam, odwrócila się w moją stronę i podeszła do mnie chwiejnym krokiem.
-Jestem Emily Shendy, miło mi cię poznać -zdumiły ją moje słowa.
-Miło ci mnie poznać? Yyy...
-Wiem co zrobiłaś i nie trzymam do ciebie urazy bo i tak bym umarła i tak -otworzyła usta ze zdziwienia.
-Ja jestem Diana Conor. To mi cię miło poznać. Niespodziewałam sie was tu jeszcze kiedykolwiek zastać.
-Przekonałam Jacka poza tym to musisz nam pomóc -pokiwała głową i zaprowadziła nas do pokoju gościnnego przy którym było osiem krzeseł.
-Co was tu sprowadza?
-Pamietasz naszą ostatnią rozmowę?
-Tą parę stuleci temu? Nie za bardzo -oni naprawdę ze soba tak długo nie rozmawiali? To było aż niewiarygodne.
-To może spróbuję ci ją przpomieć. Powiedziałaś wtedy 'Będzie przez Boga zabijana, ale gdy zechce stawić czoło złym, uczyni ją niebiańską wojowniczką z krwi i kości', pamiętasz?
-No chyba i co z tego?
-To chyba nadeszło -mina Diany zmieniła się momentalnie. Była tak zaskoczona że harbata której się przed chwilą napiła została wypluta na stół. Odskoczyliśmy z obrzydzeniem od stołu. Przeszłam na kanapę, obok zajęła miejsce Ash, z drugiej strony Jack reszta usiadła na krzesła odsuwając się jak najdalej od stołu. Gdy zobaczyłam że Diana spaliła niezłego buraka roześmiałam się.
-Ale, że co? Jak? Skąd wiesz? -Jack popatrzył na mnie. Nasze spojrzenia spotkały się. Jego oczy mówiły same za siebie był szczęśliwy bo spotkał się z siostrą, ale i był pełen obaw tego co się dzieje i będzie dziać za zaledwie kilka godzin.
-No to bedzie tak nadludzka siła, telepatia, cofanie się do przeszłości, świetne posługiwanie się nożami, mieczem itp, świetne bieganie, chyba to wszystko, Emily? -wyrwał mnie z zamyślenia. Wpatrywałam się w okno bo byłam pewna, że zobaczyłam tam kogoś.
-Ktoś stoi za oknem -wydukałam zdanerwowana. Jack obrócił się błyskawicznie i podbiegł do okna. Wyraz twarzy jaki po tym nastąpił był mi aż za dobrze znany. Oznaczał kolejne kłopoty.
-Diana gdzie masz broń?! -wrzasnął przeraźliwie głośno.
-Tutaj pod podłogą -odpowiedziała tylko już nie tak aż głośno jak mój chłopak. Otworzyła schowek w którym było pełno najróżniejszej broni. Tay podał mi stos noży i dwa miecze które miałam rzekomo gdzieś sobie usadowić na przykład przy pasku od spodni, a sam wziął tej broni dwa razy więcej. Samuel wyciągnął pistolety, podał mi jeden i sobie schował za pas aż pięć do tego wziął około siedmiu noży i trzy miecze. Diana ubrała się w kamizelkę kuloodporną w której było pełno miejsca na wkładanie broni, widziałam że sięga jeszcze dwie, dla mnie i dla Ash. Schowałyśmy broń, a ja spojrzałam na Jacka który uzbroił się najbardziej z nas wszystkich.
-Teraz najważniejsze pytanie które zadecyduje o wszystkim -pokiwałam głową. -Czy jesteś pewna że chcesz walczyć? Czy jesteś świadoma tego, że jak teraz zaczniesz później nie będzie odwrotu? Czy chcesz stanąć po stronie dobra? Czy jesteś gotowa poświęcić swoje dotychczasowe życie i wkroczyć w ten świat? -zdałam sobie sprawę z powagi sytuacji i tych pytań, więc jak dla mnie istniała tylko jedna odpowiedź.
-Tak. Jestem gotowa. Chcę stanąć po stronie dobra -wszyscy odetchnęli z ulgą, powiem szczerze że nie wiedziałam że aż tak się bali, że zrezygnuję, albo wybiorę zło. Usłyszałam trzask, dopiero po chwili spostrzegłam, że ktoś wybił okno. Facet który to zrobił wyglądał jak jakiś mutant. Miał ludzką głowę, uszy nietoperza, dziób sępa, pazury szczura, resztę chyba już tylko z człowieka.
-Ale o mutantach to już mi powiedzieć nie mogłeś, co?!
-Nie wiedziałem że one w ogóle istnieją -przeraziło mnie to. Jak to nie wiedział? Co tu się do cholery dzieje? -To pewie kolejny głupi wymysł Ericka, chociaż w sumie to może i nie taki głupi. Mógł sobie stworzyć niezłą armię tego czegoś -no to mnie dopiero pocieszył. -Takie są realia i nic na to nie poradzę -najwyraźniej z nas wszystkich mutantowi to ja się właśnie spodobałam, bo zaatakował właśnie mnie. Wyciągnęłam dwa noże i szybkim ruchem pozbawiłam go ręki i przyrodzenia. Zawył z bólu i chyba zemdlał, gdyż rozłożył się plackiem na ziemi. Jack na ten widok pobladł jak ściana.
-Przypomnij mi później żebym z tobą nie zadzierał, okey -potaknęłam w chwili gdy do pokoju wpadło siedem kolejnych mutantów z czego każdy składał się z innego zwierzęcia. Moje obrzydzenie na ten widok było tak wielkie, że niewiele brakowało, abym zwymiotowała. na mnie rzuciły się dwa chyba najohydniejsze z nich wszystkich. Tym razem postanowiłam posłużyć się mieczami i nawet nieźle mi to wychodziło. Jednemu wbiłam miecz w serce, drugiemu odcięłam głowę. Odór jaki po tym nastąpił był nie do zniesienia. Stęchlizna, szambo i wymiociny razem wzięte, tym razem nie wytrzymałam i zwymiotowałam wprost na zakrwawine, na kolor czerwono-zgniły, zwłoki. Do pomieszczenia wchodziło coraz więcej odrażających stworzeń, aż nie było wyjścia i trzeba było zacząć wspinać się po schodach. Tam zaatakowały mnie cztery stwory. Rozpędziłam się, odepchnęłam się nogami od ściany, wyleciałam w powietrze i zbiłam je z nóg jednym kopniakiem. Po czasie krótszym niż trzy sekundy powbiłam w dziwolągi noże i co się tylko dało. Kilka minut później pomieszczenia były już puste, no prawie nie wliczając nas i tych trupów, które tarasowały drogę w każdym możliwym miejscu.
-Dopiero co kupiłam te dywany -wrzasnęła Diana na trupy których krew była no właściwie wszędzie, nawet na suficie. Odetchnęłam i dopiero zauważyłam że na ramieniu mam głębokie cięcie. Zapewne jeden z mutantów wbił mi swoje szpony w rękę.
-Masz może apteczkę -zapytałam niepewnie. No oczywiście tylko to powiedziałam wszyscy skupili na mnie uwagą a Jack podbiegł do mnie.
-Co ci jest -zapytał przyglądając mi się. Wskazałam na rękę z której ciurkiem leciała krew gdy tylko to zobaczył, w mgnieniu oka wniusł mnie na górę do bardzo podobnego, jak u niego w domu, pomieszczenia lekarskiego. Zdjął mi bluzkę i przykrył moje nagie ciało białą tkaniną. Rana była naprawdę głęboka. Zwilżył gąbkę wodą i delikatnie wycierał miejsce dookoła rozcięcia. W pokoju pojawiła się reszta i gdy zobaczyli moją rękę pobledli. Czy ona naprawdę aż tak strasznie wyglądała? Ashley i Diana podbiegły do mnie, gdy zaczęłam ksztusić się krwią.
-Jack?! Ona umrze! -wrzasnęła roztrzęsiona Ash -musicie wziąć ślub i to natychmiast -spojrzałam wstrząśnięta na nią.
-Uda mi się ją uratować i bez ślubu! Ona nie jest jeszcze gotowa na taki krok! Nie mogę tego zrobić bez jej zgody! Nawet jak się teraz zapytacie i odpowie że tak to nie znaczy że tego chce! Ona teraz może majaczyć! Na ślub zdecydowanie jeszcze za wcześnie!
-Dobra spróbujemy, ale jeśli będzie już na granicy zrobimy szybki ślub -pokiwał głową. W mgnieniu oka na stoliku pojawiły sie przeróżne rzeczy skalpele, szwy i tak dalej. Diana podłączyła mi kroplówkę i aparaturę taką jakie są w szpitalu tylko, że było widać, iż to najnowsza technologia i jeszcze nie używany ani razu sprzęt. W kroplówce było chyba znieczulenie bo nie czułam bólu tak bardzo jak przed chwilą. Simon przygotowywał szwy, Tay majstrował przy sprzęcie, coś trzasnęło i zaczęło syczeć, dopiero po kilku sekundach zuważyłam że udało mu się uruchomić złośliwą aparaturę. Poczułam lekkie szczypanie gdy moja ręka została polana spirytusem. Kolejne zdania były wykonywane z nadzwyczajną precyzją. Szwy zakładane bardzo dokładnie. Doliczyłam się chyba osiemdziesięciu. Później założyli mi opatrunek i co niektórzy opuścili pokój z polecenia Jacka, a został tam on sam i jeszcze Diana.
-Za godzinę powinno się zagoić -powiedziała z niezwykłą troską i współczuciem, siostra Jacka.
-Tak powinno, ale czy tak będzie -myślał głośno wkurzony na cały świat, mój ukochany. -Jak się czujesz Emy -poruszyłam ramionami.
-Lepiej niż dziesięć minut temu -uśmiechnął się.
-No że tak powiem poznałyśmy się w nieco niestosownych warunkach -parsknęłam śmiechem. Przybrała bardzo śmieszny ton gdy to mówiła. I miała dosyć specyficzne poczucie humoru. Czułam, że i ona stanie się dla mnie dobrą przyjaciółką. Nieco starszą, ale to bez znaczenia.
-Już cię kocham -roześmiała się bo chyba uznała to za żart na początku, po chwili się uspokoiła i przeraziła widząc że mówię prawdę. Tak naprawdę to nie wiem co ją tak zdziwiło ale to już tylko drobny szczegół. Jack patrzył cały czas na zabandażowaną rękę ze współczuciem.
-Jack tak apropo to ja myślałam trzeźwo jak powiedzieli że powinnam za ciebie wyjść. I gdyby nie krew którą się ksztusiłam bym się zgodziła bez wachania -moje słowa wyrwały go z transu i tak nim wstrząsneły że aż musiał usiąść żeby nie upaść na ziemię. Był aż zbyt zaskoczony tym co powiedziałam. Niespodziewał się tego. Jego mina była dla mnie tak śmieszna że nie powstrzymałam się przed roześmianiem się. Diana też próbowała stłumić śmiech kaszlem ale i jej nie wychodziło. Gdy widziałam że Jack robi się czerwony jak burak śmiałam się na całego.
-To mi wcale nie pomaga -oburzył się naszym zachowaniem.
-Przepraszamy proszę pana -powiedziałyśmy jednocześnie i znowu się roześmiałyśmy.
-Może byście się raczyły uspokoić. Niedługo stoczymy bitwę na śmierć i życie a wam jest do śmiechu? -te słowa... Ten ton tak mną poraziły że poczułam jak cała krew z twarzy mi odpływa. Jeszczy takich wręcz ostrych słów u niego nie słyszałam. Przerażał mnie. Machinalnie wstałam z łóżka i podeszłam do okna i otworzyłam je. Poczułam jak Jack wstaje i zbliża się do mnie. Zatrzymałam go ruchem ręki. Zatrzymał się. Stał za mną nie wiedząć co ma robić. Czułam że przeszywa go lęk przed tym co myślał że chcę zrobić, ale ja wcale nie chciałam skoczyć chciałam po oddychać świerzym powietrzem.
-Diano?
-Słucham.
-Mogłabyć na chwile nas samych zostawić?
-Tak oczywiście jak coś to mnie zawołaj. -otworzyła drzwi -Będę na dole -nabrałam powietrza i gdy słyszałm że Diana już zeszła zamknęłam oczy.
-Musimy pogadać Jack -usiadłam na krześle które stało niedaleko okna. Odwróciłam wzrok tak aby nie zobaczył moich łez. Nie chciałam go martwić jeszcze bardziej.
-Co się dzieje Emy? -zapytał niepewny własnego głosu. Co miałam mu powiedzieć? Że jestem wykończona? Że chcę żeby poświęcał mi więcej czasu? Że nie jestem w stanie tego udźwignąć?
-Obiecaj że jak stoczymy tą bitwę uciekniemy stąd. przynajmniej na tydzień. Gdzieś na wyspę. Gdzieś gdzie będziemy mogli pobyć sami, odpocząć, zrelaksować się, choć na chwilę zapomieć o tym wszystkim co się dzieje dookoła.
-Kochanie dla ciebie wszystko -powiedział to z takim uczuciem że już nie miałam ochoty kryć łez. Po prostu się rozbeczałam na maksa. Poczułam jak mnie przytula swoimi silnymi ramionami, kołysze, całuje w czoło. Miałam ochotę odpłynąć w jego ramionach.
-Obiecaj mi jeszcze jedno -zmarszczył brwi -jak umrę podczas tej bitwy nie rozpaczaj, staraj się znaleźć szczęście. Znajdź kobietę która cię zaakceptuje takim jaki jesteś naprawdę. -poczułam jego łzy na swoim karku.
-Ty nie umrzesz. Przyrzekam że nie umrzesz!
-Ani ja ani ty tego nie wiemy. Wie to tylko Bóg. Więc obiecaj mi to. -słyszałam jak z trudem słucha tego co mówię.
-Obiecuję -wydusił. Odwróciłam się do niego twarzą i spojrzałam mu w oczy. Widziałam w nich aż oślepiającą szczerość. Ucieszyło mnie to.
-Chyba muszę się trochę ogarnąć i przebrać bo w tym raczej nie wrócę -miałam na sobie cienką, białą, bawełnianą chalkę i to wszystko. Podniusł się z miejsca i wyszedł z ponurego, białego pokoju, zostawiając mnie samą. Tysiące myśli przelatywało mi przez głowę wywierając przy tym niesamowicie ogormny ból. Odetchnęłam głęboko i wyobraziłam sobie grube dębowe drzwi i pokój ze ścianami dźwiękoszczelnymi, białym sufitem , ściany na przemian czarne i białe, podłoga czarna, na jej środku wyobraziłam sobie stolik. Na nim złotą skrzynkę i tego samego koloru kluczyk. Skupiłam się na zapisywaniu myśli na kartkach i dzieleniu ich od najmniej ważnych do najważniejszych. Kartek było o wiele więcej niż poprzednio a mała skrzyneczka stała się teraz dużą skrzynią wypchaną po brzegi moimi myślami. Spojrzałam w okno, było całkiem ciemno. Drzwi od pokoju skrzypnęły. Poczułam aromat perfum. Zapach bryzy morskiej i kory świerku. Z tego co się domyśliłam stali za mną Ashley i Simon.
-Jak się czujesz mała?
-Uwierz mi Simon bywało dużo lepiej- pokiwał głową. Przeniosłam wzrok na Ash. Trzymała w ręku czyste jeansy, t-shirt itd. Uśmiechała się.
 

xdlubietoxdd
 
victoria1115
 
Świetny blog + Świetne opowiadania .♥
Czekam na następny rozdział . ♥
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Rozdział 18
-To jest spory kawałek drogi.
-Pożyczymy samochód z agencji, jeden z tych którym mama tu dotarła.
-No dobra... -wyszliśmy z sali pozostawiając w niej zdziwioną parę. Przebiegliśmy przez mały korytarzyk ja pobiegłam do sali gdzie było nadal zgromadzenie (a Jack pobiegł po samochód) wpadłam nieco zbyt 'uroczyście' z wielkim hukiem. W momencie wszyscy ucichli, obserwując mnie, co nie dodawało mi otuchy.
-Mamo jedziemy z Jackiem coś załatwić nie będzie nas przez trzy godziny.
-Samuel mam do ciebie prośbę... Mógłbyś jecheć z nami to bardziej przekona rodziców.
-Ale gdzie?
-Do Nowego Jorku ... Do Diany.
-Ahhaaa -to brzmiało nieco 'niepewnie' -no dobrze mogę jechać, kogoś jeszcze zabieracie?
-Ashley i Taylora jak się oczywiście zgodzą.
-Ok zapytam się ich a ty wdaj się w dyskusję z rodzicami -roześmiałam się z tego tonu.
-Nie ma mowy! -wrzasnęli jednocześnie rodzice, Sam miał rację niestety.
-Ja was nie będę słuchać jadę i koniec!
-Zgodzili się bez wahania.
-Dzięki.
-Nie ma za co.
-Jedzie ze mną Samuel, Ashley, Taylor i Jack, więc nic mi nie ma prawa się stać. Wyjaśnię wam wszystko jak sama będę cokolwiek z tego rozumiała a mogę się tego dowiedzieć tylko w tym wyjeździe -modliłam się w myślach żeby się zgodzili choć na to były nikłe szanse.
-Córeczko ale jest już prawie trzecia w nocy- odezwała się obużona moim pomysłam nikt inny jak moja mamusia.
-Dlatego właśnie Jack pobiegł po jeden z waszych samochodów -uśmiechnęłam się, żeby trochę ją uspokoić ale to w ogóle nie pomagało.
-Ale nie rozumiesz że jest zbyt późno? -do akcji musiał wkroczyć tata
-Ty też chyba na długo uciekłeś... Na rok, prawda? Mama mi powiedziała że nie żyjesz... Nawet nie wyobrażasz sobie co ja czułam przez ten długi okres czasu... Mamo a ten pomnik na który codziennie przychodziłam na cmentarz to zwykła ściema, tak? Spędzałam na nim co najmniej godzinę dziennie. Polerowałam go i czyściłam każdego dnia, nawet w twoje imieniny poszłam tam i ... I wy mi chcecie czegoś zabronić?! -uderzyłam się w pierś -wiesz tato co zrobiłam gdy dowiedziałam się o twojej niby śmierci?! Próbowałam podciąć sobie żyły -mina mamy była całkowicie zaskoczona -a co myślałaś?! Że wcale nie byłam załamana?! Otóż jak się dowiedziałam, myślę że powinnaś jeszcze pamiętać, wsiadłam na rower i pognałam, a wiesz gdzie? Do starej stodoły, chciałam popełnić samobójstwo bo myślałam że tata miał wypadek przeze mnie bo o ile sobie przypominasz dzień wcześniej pokłuciliście się o to że mam się nie zadawać jeszcze z chłopakami, tato wyjechał i tyle go widziałam. Byłam w tej stodole i myślałam co zrobić... Najpierw chciałam się powiesić, później postrzelić ale nie miałam broni i wtedy przypomniałam sobie że noszę zawsze ze sobą scyzoryk na wszelki wypadek. Wzięłam go wtedy do ręki i zaczęłam rozcinać sobie żyły, ale moje zdziwienie nastąpiło gdy prawie w ogóle nie krwawiłam, a cięłam ręce bardzo mocno... Gdy wróciłam powiedziałam że się wywróciłam na rowerze. -mama ze łzami w oczach przyglądała się moim rękom na których zostały blizny. -Blizny te nie tylko tu są ale i w moim sercu! Myślałaś że psycholog pomoże zapomieć więc mnie do niego zapisałaś... Ja tam nie chodziłam byłam u niego tylko około cztery razy, dawałam mu łapówki żeby mówił ci o niby postępach, a wiesz czemu to robiłam!? Bo nie chciałam żebyś się martwiła jeszcze o mnie! Nie chciałam żebyś rzuciła pracę bo jakaś rozwydrzona nastolatka ma ze sobą problemy! -miny obecnych w sali były jednoznaczne. Współczucie, zrozumienie, strach. Mama nie mogąc już koncentrować łez wysłała tatę po chusteczki. Ulżyło mi gdy to powiedziałam. Przeraziłam się widząc zdumiałego Jacka stojącego w drzwiach, przysłuchującego się moim słowom. -Tak nie jestem aż tak dzielna jak ci się wydawało! Przykro mi że cię wprowadziłam w błąd.
-Nie musisz przepraszać. Każdy ma gorsze chwile. Ale to co powiedziałaś utwierdziło mnie jeszcze bardziej w tym jaka ty jesteś wytrwała i dzielna.
-Ale że jak niby? Przecież powiedziałam że się cięłam... Chciałam umrzeć.
-No tak, ale nie chciałaś Carolin nic mówić żeby się nie załamała... Byłaś wyjątkowo samodzielna i wytrwała... To przeogromny plus -Stefano przyglądał się mamie, mama przyglądała się mi, ja patrzyłam na Jacka, Jack na Stefano i utworzył nam się krąg.
-Jack musimy już jechać... -dotknęłam jego ramienia, odwrócił się w moją stronę i pokiwał głową -nie będzie nas... -spojrzałam na ukochanego.
-Przez trzy-cztery godziny -ruszyliśmy w stronę wyjścia, a ja czułam że wszyscy na mnie nadal patrzą. Samochód już stał na podjeździe. Czarny , z dwoma fioletowymi malunkami w kształcie wijących się węży.
-Co to za samochód?
-Bugatti 16.4 Veyron, wyprodukowano tylko kilkanaście modeli i wszystkie prócz jednego należą do nas.
-A ten jeden to do Ericka jak dobrze rozumiem?
-Tak dokładnie -odezwał się Tay, wyprzedzając Jacka, otwierając mi drzwi. No oczywiście mój przystojniaczek się wściekł i rzucił na niego z niespotykaną siłą. No i zaczęli się bić. Obserwowliśmy w trójkę, ja, Ashley i Simon, co oni wyprawiają. Zbierałam siły na wrzask.
-Można zrobić tak żeby wrzasnąć w myślach ale tylko do ich dwójki? -spytałam Simona.
-Tak, oczywiście. -uśmiechnęłam się złowrogo -wystarczy przekazać myśl do nich tak samo jakbyś się kontaktowała telepatycznie -pokiwałam głową.
-Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! -wrzasnęłam najmocniej jak umiałam i najwyższym głosem jaki potrafiłam z siebie wydobyć.
Odwrócili się błyskawicznie w moją stronę łapiąc się za głowy i wrzeszcząc z bólu.
-Błagam przestań! -wrzasnął Taylor na którego przekazałam więcej krzyku niż na Jacka. Ucichłam. Potrząsnęli energicznie głowami.
-Jeżeli jeszcze raz zobaczę że się bijecie o mnie i to wtedy jak będzie bardzo nam się wszystkim spieszyło, to was obydwóch chyba wykastruję, a to będzie gorsze niż śmierć, uwierzcie. -spoglądali na mnie oniemiali i to nie tylko ich dwójka, ale i Ash i Sim -możemy w końcu jechać? Może wam sen nie jest potrzebny ale mi tak, a nie spałam od siedemnastu godzin więc jak na mnie to troszkę dużo, poza tym to wiele się zdażyło tego dnia i wiele ma się jeszcze wydarzyć a jestem prawie całkiem wyczerpana. -Jack mnie jak zawsze rozumiał, wziął mnie za rękę i poprowadził do samochodu. Usiadłam w wygodnym fotelu i już prawie spałam. Wszyscy się usadowili i ruszyliśmy z niesamowitą prędkością widziałam jak wysyłają komunikaty, chyba do policji, żeby zjeżdziali nam z drogi i nas nie gonili.
-Prześpij się troszkę -pokiwałam głową.
-Obódź mnie jak będziemy jakieś trzydzieści kilometrów od jej domu bo mam pewien plan -potaknął na znak zgody, a ja już się pogrążyłam we śnie, lecz spokojny sen nie trwał długo. Po, przynajmniej tak mi się wydawało, dwóch minutach, usłyszałam w głowie głos Ericka:
-Moja miła chodź ze mną... -wyciągnął dłoń na której, na palcu wskazującym był sygnet.
-Spadaj, odczep się ode mnie -obudziłam się cała zdyszana i spocona, samochód zatrzymał się na poboczu i Jack wybiegł z samochodu, otwierając mi drzwi. Zaraz po nim z auta wybiegła pozostała dwójka. Odwróciłam Jacka plecami do mnie sprawdzając czy jest na nich znak i na szczęście był.
-Co się stało?! -wrzasnął panicznie Jack. Złapałam powietrze w płuca, próbując uspokoić tętno i krew buzującą w żyłach.
-Erik... On... Wszedł do mojej głowy -strasznie mi się kręciło w głowie i mina Jacka sprawiła że jeszcze bardziej się zastresowałam.
-Simon musisz mi pomóc stworzyć w jej głowie blokadę na Erika i jego ludzi -przysłuchiwałam się i czekałam czy w ogóle mnie zapytają o zdanie, ale chyba się na to nie zanosiło. -Co on ci dokładnie powiedział?
-Moja miła chodź ze mną, wyciągnął do mnie dłoń na której zauważyłam sygnet, niezbyt duży, srebrny, na takim dużym kółku napisane było coś po łacinie chyba ''vita aut mors''.
-Życie albo śmierć... Hmm ciekawe skądś to znam...
-A to nie były te sekty srebrnego pierścienia, które upadły po walce na wyspach ''Galapagos''?
-Faktycznie, coś tam takiego było. Czyżby wznowił sektę?
-On znowu coś knuje i to jest nieuniknione -westchnęłam.
-A gdzie my jesteśmy?
-Za dwie minuty bym cię budził -pogłaskał mnie po policzku -ale skoro stoimy wyjaw nam ten swój plan -podeszłam do Ash i zajrzałam jej ze koszulkę, na plecach na szczęście był znak, u Simona też, Tay roześmiał się gdy próbowałam wspiąć się na palcach żeby zobaczyć znak, schylił się i przekonałam się że żadne z nas to nie są jacyś głupi zdrajcy.
-To właściwie nie jest żaden plan tylko jakby zabawa.
-Acha...
-No założę czapkę na głowę , zwiążę włosy, ubiorę czarne ciuchy i pójdę do niej. Powiem coś w stylu, że przysła mnie po ciebie mój pan, masz się stawić za dziesięć minut, gdzieś tam na przykład na jakimś placu a jak będzie zaprzeczała zdejmę kaptur, rozpuszczę włosy, myślę że mnie rozpozna i ruszy z miejsca ty będziesz stał w progu ona rzuci ci się na szyję a dalej to się zobaczy -roześmiali się.
-Możemy ją nieźle wystraszyć -odezwała się Ashley. Była wyraźnie zachwycona moim planem tak jak zrasztą wszyscy pozostali.
-Ta będzie ciekawie -wyszczerzył się Simon -nie mogę się doczekać -spojrzałam na Jacka który troszkę posmutniał.
-Ja jej jeszcze nie do końca wybaczyłem -przygryzłam język próbując coś wymyślić.
-To twoja siostra, kochasz ją na pewno. Ja teraz jak sam powiedziałeś jestem silniejsza i tak dalej więc nic mi się nie stanie.
-Chyba masz racje -westchnął
-Oczywiście że ma racje -wtrącił jeszcze nieco na mnie obużony Taylor.
-Jedziemy wsiadam do tyłu z Ashley i Taylorem.
-Co?! -spodziewałam się takiej reakcji aż za dobrze
-Bo jak on do przodu usiądzie to się pozabijacie -wrzasnęłam z irytacją.
-Dobrze myśli -pokiwał głową Simon który tez zauwarzył że jak tak dalej pójdzie to nie ma szans żebyśmy wszyscy wrócili do domu cali i zdrowi. Wsiadłam do samochodu obok siedziała Ash a dalej Tay uśmiechnięty i zadowolony że mu się nie oberwało.
-A ty spróbuj choćby póścić do niej oczko to uwierz mi po tym jak to zrobisz umrzesz w czasie krótszym niż dwie sekundy -Tay wiedział że on nie żartuje i wcisnął się w fotel z obużeniem.
-Ash zepnij mi jakoś z tyłu włosy żeby ich nie było widać spod czapki -zrobiła o co poprosiłam w dosyć szybkim tępie, mi to by zajęło przynajmniej trzy minuty a jej się to udało w dziesięć sekund.
-By trzeba się jakoś mrocznie umalować -uśmiechnęłam się do niej bo wiedziałam że czyta mi właśnie w myślach. Wzięła swoją torebkę i wysypała na siedzenie stos kosmetyków. Wzięła do ręki czarną jak smoła kredkę i zaczęła malować dokładnie i z precyzją jedno oko następnie drugie i juz wzięła się za tusz, czułam jak cięszkie pod toną tuszu są moje rzęsy. Wzięłam lusterko i nie poznałam osoby którą w nim ujrzałam. Było to normalnie jakieś niewiarygodne, jak mozna zmienić człowieka od kilku maźnięć kosmetykami.
-Łał, masz talent kobito -uśmiechnęła się.
-Dzięki, nawet nieźle wyszło -roześmiałam się i zdecydowanie pokiwałam głową.
-O tak -zauwarzyłam że samochód zwolnił i po chwili zatrzymał się jakieś cztery metry przed, dużym jasnozielonym domem, przynajmniej tak wyglądał w świetle słabo świeconej lampy przed domem. -To tutaj -spytałam Jacka.
-Tak na pewno. Nigdy nie zapomnę tego miejsca -westchnęłam czułam ile bólu sprawia mu przebywanie tutaj. Wysiadłam z samochodu, założyłam czapkę z daszkiem i ruszyłam w stronę domu. Jack i reszta szli dwa metry za mną. Doszłam do drzwi frontowych i zapukałam.
  • awatar Runnin' Wild: Fajne, fajne ;)
  • awatar victoria_1115: @l'amour♥: dziękii bardzo :* na pewno będę wpadać :D
  • awatar Nataaa ♥: Wow, jakie opowiadanie :) Naprawdę podziwiam;3 Cieszę ,że mnie odwiedziłaś . Mam nadzieję ,że bd u mnie częściej. Tymczasem ja dodaję do obserwowanych;*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Rozdział 17
-Odpręż się i zamknij oczy -łatwo mu mówić, ale posłuchałam, a raczej starałam się wykonać jego polecenie. -Dobrze teraz uspokuj oddech. Staraj się oddychać równo ze mną -no to było dosyć proste. -Otwórz oczy -trzymał w ręce kilkanaście zdjęć. Wyciągną zdjęcie z facetem z dziwnym wyrazem twarzy. -Jak myślisz co wyraża ta twarz? -przyjrzałam się dokładniej. Leciutko ściągnięte brwi, jakby oddalony gdzieś daleko wzrok.
-Hmm zamyślenie? -uśmiechnął się co oznaczało dobrą odpowiedź. Wyjął kolejną kartkę. Uniesiona brew. -Niedowierzanie -pokiwał głową. Podając kolejne zdjęcie. Szeroko otwarte oczy, zaciśnięta szczęka. -Starch -przybił mi żółwika, roześmiałam się. Wskazał palcem na kolejną twarz. Ściągnięte brwi, uniesione ledwo widzialnie do góry, odrobinę rozchylone usta. -No to chyba będzie zdziwienie. -westchnął z uśmiechem na twarzy. Wysunął kolejny obrazek. Przymrużone oczy. -No jakby to powiedzieć podejrzewanie -roześmiał się, ale dobrze powiedziałam.
-Dobra wystarczy tych głupich obrazków -rzucił stosik za siebie. Pocałował mnie mocno i wyjątkowo długo. -Koncentracja będzie u ciebie nieco trudniejsza -roześmiał się na co przesadnie zareagowałam waląc go z liścia w policzek. -Ejj lekcję walki masz dopiero za parę minut. -powiedział masując zaczerwieniony policzek. Położyłam się na łóżku i się rozpłakałam. -Co się dzieje piękna? -chciał mnie przytulić ale mu na to nie pozwoliłam, ale nie za bardzo wiedziałam dlaczego, przecież chciał mnie tylko pocieszyć, a ja go odepchnęłam.
-Ja nie dam rady... Jestem zbyt słaba, zmęczona tym wszystkim, głowa mnie cholernie boli, z nerwów cię uderzyłam, nie wiem co się ze mną dzieje -zwyłam się, tak jak teraz, ostatnio po tej rzekomej śmierci taty. Byłam wykończona nerwowo. Uchyliłam załzawione oczy. Siedział cały czas obok z paczką chusteczek w ręce. Byłam mu strasznie wdzięczna za to, że tak się mną opiekuje, podtrzymuje na duchu, stara się mi zapewnić bezpieczeństwo... Kocham go, choć znam go tak naprawdę dopiero od trzech dni właściwie. Wyciągnęłam z pudełka jedną chusteczkę, wycierając delikatnie oczy, starając się przy tym nie rozmazać. Usiadłam. Miałam spuszczoną głowę i nawet wtedy wiedziałam i czułam, że na mnie spogląda. -Przepraszam, powinnam być dzielniejsza, nie powinnam płakać i robić ci przez to dodatkowych problemów. Nie powinnam... Przepraszam -złapałam się za włosy, opierając łokcie na kolanach. Co więcej mogłam mu powiedzieć? Nic.
-Piękna to wcale nie jest twoja wina... Od tych trzech dni masz zdecydowanie za dużo na głowie. Powinnaś odpocząć, a my ci coraz więcej narzucamy -podniusł moją twarz za podbrudek, tak że zrównałam się z nim wzrokiem. -To nie jest twoja wina Emy -jedna z moich łez zsunęła się na jego dłoń. Obserwowałam ją. Sunęła w dół, wzdłuż kości nadgarstka. Nie mogłam znieść natłoku myśli. Był zbyt śliny, zbyt wyczerpujący.
-Naucz mnie kontrolować własne myśli -poprosiłam szeptem, na co tylko skinął, jako na znak zgody. Chwycił mnie delikatnie dłońmi za ramiona i zaczął masować obolałe mięśnie. Niesamowite ruchy jego dłoni spowodowały, że się rozluziniłam. To było jak narkotyk, można się było uzależnić.
-Zamknij oczy -bajka się skończyła. Szkoda. -Spróbuj wyobrazić sobie pokój. Ma grube dębowe drzwi, ściany dźwiękoszczelne, sufit jest biały, ściany na przemian czarne i białe, podłoga czarna, na jej środku stoi stolik, a na nim znajduje się skrzynka -to nie było takie proste ale się udało -jest ona złota, obok niej leży złoty klucz. Włóż klucz do zamka i przekręć. W środku nic nie ma. Tylko ścianki w kolorze czerwonym. Teraz wyobraź sobie że twoje myśli to kartki papieru.
-Niezły stosik -roześmiał się, a ja w myślach widziałam około kilku tysięcy kartek.
-Teraz posegreguj je na ważniejsze i mniej ważne -utworzyły mi się dwa stosiki prawie tej samej wielkości -na spód włóż te mniej ważne a na wierzch te najważniejsze -tak zrobiłam, choć nie było to proste. -Teraz zamknij skrzynkę. Wyjdź przez drzwi i otwórz oczy -nieco oślepiło mnie światło w pomieszczeniu, ale dopiero po chwili poczułam, że nie mam myśli, jakby je ktoś zabrał; ulżyło mi, głowa mnie juz prawie nie bolała. Uśmiechnęłam się na widok miny Jacka. Takiej dziwnej, wyczekującej? -Udało się? -zapytał z niepewnością, która mnie rozbawiła. Rzuciłam mu się na szyję i długo, namiętnie pocałowałam -To chyba znaczy tak -wyszczerzyłam się. -Nasza lekcja dobiega końca -powiedział z niechęcią spoglądając na zegarek. Posmutniałam. Nie chciałam go opuszczać ani na chwilę. Tyle razy już to powtarzałam, ale to szczera prawda. Tylko przy nim czuję się naprawdę bezpieczna.
-Jaka teraz lekcja? -szczeże powiedziawszy to zabrzmiało zbyt optymistycznie. Ja przecież wcale nie lubię szkoły.
-Walka, wiesz worek treningowy z Samuelem -pokiwałam głową. Wstał z łoża, ciągnąc mnie za sobą, za rękę. Doszliśmy do nieco wielkiego worka, obok tyłem do nas stał Samuel ze słuchawkami w uszach i co najważniejsze i najzabawniejsze fałszował i nierówno tańczył. Roześmialiśmy się oboje na ten widok. -Buu -wrzasnął Jack do jego ucha. Wybuchałam śmiechem widząc minę Sama. Taką przestraszoną i udawaną wkurzoną. -Dostarczyłem ci zawodnika do treningu. Nie zrób jej krzywdy, ok?
-Jack ja się potrafię bronić uwierz mi -wtrąciłam się. Spojrzał na mnie nieco zdziwiony i niepewny. Musiałam mu udowodnić, że potrafię walczyć. To jest spore pomieszczenie chyba mi się uda. Zdjęłam bluzę, rozluźniłam dłonie i ruszyłam. Szybki rozbieg i gwiazdy. Po tym co zauwarzyłam zbliżałam się w stronę ściany zawróciłam podczas obrtu w locie. Kolejne gwiazdy po trzydziestu sekundach byłam blisko worka treningowego. Robiłam ostatni obrót z tak wielką szybkością, że mało nie zwymiotowałam, ale udało mi się utrzymać koncentrację. Wybiłam się w górę i zamachnęłam nogą na worek. Uderzyłam spadając widziałam jak gruby gwóźdź wypada z sufitu i ciężki wór lunduje na ziemi, rozprówając się od dołu. Wstałam. Miny chłopaków były nie do opisania. Od zachwytu po lęk. Popatrzyłam na nich zadowolona -teraz wierzysz? -zapytałam ironicznie unosząc lewą brew.
-Taak -wydusił. Patrzył to na rozpróty worek to na mnie nie za bardzo wiedząc co ma powiedzieć.
-To było niesamowite Emily -Sam przybił mi żółwika. Jednak Jack nie wyglądał za dobrze.
-Jack powiedz coś -poprosiłam delikatnie. Otrzeźwił się w momencie.
-Niezazdroszcze temu kolesiowi -wyraźnie mu współczół.
-Chyba trening w takiej sytuacji nie będzie potrzebny -powiedział uśmiechnięty od ucha do ucha Sam -czas na jak to Bonnie nazwała? A tak już wiem 'szermierkę'. -Jack nadal spoglądając na worek wziął mnie za rękę i poprowadził.
-Twoja mina jest nieco, bym powiedziała wystraszona -spojrzał na mnie.
-Powalasz worek który waży z dwieście kilo i mi się dziwisz?
-Ile? Chyba o sto piędziesiąt za dużo -to raczej zabrzmiało jak pytanie.
-Dwieście kilo. Worek dostosowany do treningu takich jak my. Nie wiem jak to zrobiłaś. U normalnego człowieka to jest po prostu niemożliwe. By sobie przy tym przynajmniej obydwie nogi połamał, a ty nawet jednego draśnięcia nie masz -to co powiedział odbiło mi się echem w myślach. Wkurzyło mnie że uwarzał iż jestem nienormalna, chociaż już od całkiem niedawna sama się nad tym zastanawiałam.
-To kim ja jestem -pytanie miało nie paść ale już niestety mi się wyrwało.
-Nie jestem do końca pewny i na razie nie będę nic sugerować. Muszę to przemyśleć -ciekawe co? Chyba nie chcę wiedzieć. Doszliśmy do tulącej się pary: Bonnie i Logana. Odchrząknęłam znacząco. Poderwali się z miejsca. Bonnie z zaróżowionymi policzkami, Logan z resztkami szminki na twarzy. Podałam mu chusteczkę, próbując stłumić śmiech, ale Bonnie już i tak się śmiała.
-Doprowadziłem uczennicę -powiedział mój kochaś z udawaną powagą. I prawdę mówiąc wcale mu to nie wychodziło.
-Co tak szybko? Spodziwałam się was dopiero za czterdzieści pięć minut -spojrzała na Jacka z furią.
-Ymm szybko się uczy -powiedzmy że to nie do końca prawda. Pocałował mnie w czoło i usiadł na krześle. Bon podała mi miecz.
-Pierwsze to prawidłowa postawa i trzymanie miecza -ustawiła się za mną, biorąc moje ręce; wywijając nimi jak marionetką. Gdy ustawiła mnie w pozycji takiej jakie widzi się na filmach ustała naprzeciwko mnie -nadgarstek luźno. Musisz stopić się z rękojeścią, wyczuć ją. Stać się jej częścią. - to brzmiało jak jakaś tandeta z filmu, ale musiałam jej słuchać. Wzięła swój miecz w rękę i wymierzyła cios we mnie który z łatwością i precyzją odbiłam, tak że miecz wyleciał jej z ręki. Nieco zdziwiona podniosła miecz z ziemi, popatrzyła na chłopaków i na mnie i znowu na chłopaków i na mnie i na Jacka. Nie miałam pojęcia o co jej chodzi. -To był najtrudniejszy chwyt jaki istnieje -szczęka mi sama opadła, nie wiedziałam co powiedzieć, zrobić. Chłopacy też że tak powiem byli z lekka zdziwieni. Przełknęłam ślinę, która jak kamień opadła mi do żołądka, odbijając się głuchym echem. Uklękłam. Ze łzami w oczach wypowiedziałam słowo które przypłynęło niewiadomo skąd.
-Formido dimicare! - wrzasnęłam, na te słowa, na ich siłę Jack dygnął. Spoglądali na mnie zdezoriętowani.
-''Boję się walki'' -przetłumaczył Jack, bo ani ja ani Bonnie, ani Logan nie wiedzieliśmy co to znaczy.
-Formido amittere! -słowa same mi się pchały do ust.
-''Boję się przegrać'' -widział strach w moich oczach, widział determinację, czuł coś dziwnego, obawiał się czegoś co nastąpiło -czyli mam teraz pewność do tego co podejrzewałem...
-Co podejrzewałeś? -zapytaliśmy wszyscy jednocześnie przerywając mu w pół zdania.
-Nie wierzyłem jej.. Już prawie o tym zapomniałem...
-O czym?! -wrzasnęłam
-Pamiętasz tą wizję w której widziałaś mnie z twoim tatą i gadaliśmy o Dianie?
-Tak.
-To jak byłaś u mnie w domu co ona cię zabiła to po tym ona powiedziała mi coś co myślałem że się nie wydarzy. Powiedziała: 'Będzie przez Boga zabijana, ale gdy zechce stawić czoło złym, uczyni ją niebiańską wojowniczką z krwi i kości' , a teraz to się wszystko składa do kupy. Ty chcesz zabić Ericka i jego sprzymierzeńców, potrafisz świetnie walczyć, jak nigdy wcześniej. -to było jak grom z jasnego nieba. Ja wojowniczka? Niemożliwe, choć wszystko co się wydarzyło w ciągu ostatnich kilkunastu godzin w moim życiu wydaje się niemożliwe, a jednak się zdarzyło naprawdę.
-Gdzie mieszka twoja siostra? -spytałam niepewnie.
-W tym kraju w tym stanie w Nowym Jorku.
-Jedziemy -rzuciłam zwięźle -powiem mamie, że musimy coś załatwić i żeby się nie martwiła zabierzemy ze sobą Samuela, jemu najbardziej ufam z tych wszystkich starszych. Ashley i Taylor też się przydadzą.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Rozdział 16
-No dobra -coś czułam, że mój ukochany jest bardzo zdeterminowany -mamy sporo pracy -wskazał palcem na Jeffa -przygotuj w garażu coś do czego będzie mogła rzucać nożami, na przykład jakąś deskę i na niej zdjęcie tego pseudo psycholożka -Jeff ze śmiechem wyszedł z sali. -Hmm Riley worek treningowy -pokiwał głową i wyszedł z pokoju, widziałam jak pognał ulicą, tylko ciekawiło mnie dokąd. -Może Logan jakbyś mógł skombinować bieżnię niech pójdzie jeszcze z tobą Tomas i weźmiecie przy okazji rower -trochę tego dużo, ale zapowiadało się że to jeszcze nie koniec. -Kelly przynieś miecze i noże, może jeszcze pistolet -ruszyła do, przynajmniej tak mi się wydawało,że do piwnicy. -No dobra to chyba wszystko. Teraz ustalmy grafik. Ja się mogę zająć osobnym treningem, no wiecie koncentracja, czytanie z wyrazu twarzy i tak dalej.
-Ymm ja mogę zająć się szermierką -zaoferowała Bonnie.
-No ja może biegiem -odezwał się Xavier.
-Worek treningowy to moja specjalność -powiedział, ukazując ogromne mięśnie Samuel.
-Ja mogę nauczyć ją szybko pedałować - rozważała Elizabet. -Jeszcze jest ucieczka. Pewnie najłatwiej będzie go zgubić w lesie.
-No to ja mogę się tym zająć -uśmiechnął się Ian
-No dobra to zostało nam jeszcze rzucanie nożami i tym podobnymi. Kto się na to pisze? -zapytał Jack.
-To może ja -odparł tata. Byłam zachwycona że będę mogła spędzić z nim trochę czasu.
-To wszystko, a przynajmniej tak mi się wydaje. Od czego najlepiej zacząć?
-Może będziemy działać tak jak będzie miej więcej po kolei -odezwałam się nieśmiało. W gruncie rzeczy to chodziło mi głównie o to że zacznie się od lekcji z Jackiem. Chyba się domyślił, bo przysłał mi dużą granatową różę. Odpowiedziałam mu gorącym pocałunkiem.
-Dobry pomysł córeczko -pochwalił tata -masz może Jack kartkę i długopis? Trzeba opisać plan. -wyszedł i po chwili był już z powrotem z dużą kartką i czarnym mazakiem. -No to tak. O której Emy idziesz do szkoły?
-O ósmej zaczynają się lekcje.
-Dobra, podyktuj plan.
-Matma, hiszpański, po, hista, biola, infa, wuef, no i dodatkowe karate i SKSy.
-Aż tyle lekcji? -pokiwałam głową -oni teraz w tych szkołach to już całkowicie powariowali. Na jakim przedmiocie z kim siedzisz.
-Na matmie, po, historii z Lily, na hiszpańskim i biologii z Jackiem, no a na infie, wuefie, karate i SKSach chyba wiadomo.
-Okey o której kończysz zajęcia?
-Zależy czy pójdę na dodatkowe.
-No to powiedz i tą i tą godzinę.
-Bez dodatkowych o drógiej trzydzieści, z o czwartej trzydzieści pięć.
-A wizyta o której?
-O piątej.
-Yhmm czyli mamy dwadzieścia minut na spotkanie się i zaoparzenie cię w broń. Powinno wystarczyć -zamyślił się. -Dobra teraz zaczynamy dokładny plan z godzinami dokładnie dopasowanymi co kiedy się będzie działo. A więc kończysz o czwartej trzydzieści pięć, przebierasz się jakieś trzy minuty tak? -pokiwałam głową. -Wychodzisz ze szkoły na łąkę, gdzie będziemy się kryć zapewne za drzewami, albo w ich koronach, dochodzisz będzie dokładnie czwarta dwadzieścia. Zopatrzymy cię w sprzęt. Będzią to noże sarawieckie ukryte w: powiedzmy pięć w twoim plecaku, po dwa przy butach i dwa za pasem, z mieczem może być pewien problem będzie trzeba ci go przypasać jakoś do nogi, a pistolet jeden w plecaku, jeden pod bluzką -to co miałam rzekomo jutro założyć było pierwsze dość ciężkie po drugie niewyobrażałam sobie co ja bym miała ubrać żeby ukryć tyle broni. -to tak w szkole pod biurem idoty jesteś o czwartej pięćdziesiąt pięć. O równej piątej pukasz i wchodzisz. Zapewne siadasz na krześle i kładziesz plecak na ziemię i dyskratnie go otwierasz, tak?- potaknęłam -o tej samej godzinie my otoczymy szkołę, musisz obserwować jego zachowanie i informować nas telepatycznie, zapewne parę minut później, Erick cię zaatakuje, w tym momencie musisz zaalarmować nas najgłośniej jak będziesz potrafiła, hasłem ''ATAK''. W tym momencie on rzuci się na ciebie, a ty będziesz miała już w dłoniach noże, jeżeli będzie ich więcej niż jeden krzycz ''MEGA ATAK'' -troche mnie rozbawiła ta nazwa, ale cóż ... -W parę sekund po twoich słowach w środku pojawią się Jack i Ashley, chyba że tam będzie tylko on. Jeżeli tylko on wybiegniesz przez drzwi, najpierw ogłuszając go wbiciem choć jednego noża gdziekolwiek. My w tym czasie powysyłamy całej szkole telepatycznie, że ''są lekcje i mają siedzieć w klasach''. Będziesz miała wtedy swobodę ruchu. Pobiegniesz korytarzem do bocznego wyjścia, kierując się na łąkę, po drodze mogą cię zacząć gonić jego ludzie, wtedy krzycz oczywiście telepatycznie ''NAPAD''. Po kilku sekundach dotrą do ciebie moi ludzie, jeżeli po drodze nikt oprócz niego nie zacznie cię gonić, po prostu pędź na łąkę, a tam czekać będzie na niego niemiła niespodzianka. No to cały plan, chyba nie tak trudny co? -spojrzał na moją dziwnie wykrzywioną twarz. W pare minut miało się tak wiele zdarzyć... Nie jestem pewna czy jak na mnie nie za wiele.
-Tylko że ona musi jeszcze spać żeby mieć siłę -wtrąciła się Grace patrząc na zegarek, wskazujący godzinę pierwszą piętnaście.
-Tak to prawda -powiedział Stefano -dlatego pójdziesz do szkoły tylko na trzy ostatnie lekcje, powiesz że byłaś na badaniach albo coś w tym stylu.
-A to możliwe, bo mamy do końca tygodnia jechać do szpitala na badania, a ich lista jest całkiem spora -uśmiechnęłam się.
-No to mamy teorię już z głowy, czas na praktykę. -spojrzał na rozpracowany plan, następnie spojrzał na mnie podejrzliwie, bo chyba skapował co mi przyszło do głowy z tym ''po kolei'', ale na szczęście nic nie powiedział tylko się roześmiał, co mnie ucieszyło. -To zaczynasz trening od Jacka, ale to ma być trening a nie jakieś miłosne igraszki -wiedziałam po minie Jacka że spaliłam niezłego buraka.
-Tato no -byłam na niego wściekła, ale i jakoś dziwnie roześmiana, rozchmurzona. Wstałam od krzesła i podąrzyłam za Jackiem, czułam jak wszyscy odprowadzają nas wzrokiem. Szliśmy korytarzem do niewielkiech drewnianych drzwi, lecz za nimi doznałam szoku. Ogromne białe pomieszczenie gdzie czekały na mnie porozstawiane najróżniejsze rzeczy potrzebne do treningu, oprócz jednego którym było wielkie łóżko stojące na samym środku pokoju/garażu. Posadził mnie na nim i usiadł obok.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Rozdział 15
-Ymm taa -roześmiałam się -ty draniu! -rzuciłam w niego poduszką i już się pokładaliśmy ze śmiechu. Ubrałam to co mi przyniusł, choć przyznam, że ma całkiem niezły gust. Wyszłam z toalety, stał już oczywiście ubrany na czarno. Skojarzył mi się od razu z Jamesem Bondem na co się w myśli roześmiałam. Ruszyliśmy na dół trzymając się za ręce. Wszyscy siedzieli w przeogromnej jadalni zajmując prawie wszystkie miejsca. Boże ilu mama ich tu ściągnęła? -Już jesteśmy -nie wiem po co to powiedziałam. Wszyscy momentalnie odwrócili się ku nam, a ja myślałam że się spalę ze wstydu.
-Jack zrób coś bo ja zarazu tu ze wstydu spłonę. Proszę!
-Dobrze już dobrze. Niech tylko coś wymyślę. -przymknął oko co miało znaczyć że się zastanawia.
-Już jesteśmy. Emy jest na tyle mądrą dziewczyną że nie pozwoliła na nic więcej oprócz pocałunków.
-Miałam się ze wstydu nie spalić i też nie zapaść się pod ziemię. Co oni sobie teraz pomyślą? -śmiał się! Kopnęłam go w kostkę w myślach, miałam szczerą nadzieję że choć odrobinę go zabolało.
-Ała! Pomyślą że jesteś bardzo odpowiedzialna i dadzą nam więcej czasu do spędzenia razem.
-Aaaa to przepraszam -zrobiłam oczka słodkiego kociaczka.
-No tak na nic więcej. -po krótkim wyczekiwaniu z myślą że wrócą z powrotem do gadania, co nie nastąpiło wymyśliłam kolejne przemyślane i sprecyzowane zdanie -czy wie ktoś jak złapać tego patałacha Ericka -na co wszyscy zaczęli szmerać między sobą, co było celem tej wypowiedzi. Szczęśliwa że nikt już się na mnie nie gapi, zajęłam miejsce obok Ashley koło mnie usiadł Jack, koło Jacka Grace, naprzeciwko nas siedzieli mama, tata,Tay i Simon. Na początku rodzice nie robili nic poza przyglądaniu się mi i Jackowi co się zaczynało robić bardzo wkurzające, ale nic nie powiedziałam, bo Jack zacisnął mi rękę i zakazał ruchem głowy. Dopiero po jakiś pięciu minutach zaczęliśmy mówić.
-Jest jeden jedyny możliwy sposób na złapanie Ericka -powiedział Simon, ale rodzice zaczęli kategorycznie zaprzeczać i wymachiwać ręcami. -Musisz z nim zostać sam na sam.
-Nie mam mowy Sim -wrzasnęła mama, a tato ją poparł, lecz Jack się nie odezwał ani słowem. Jeszcze oni przecież nie wiedzieli wszystkiego zresztą ja też.
-Ale wy jeszcze nie wszystko wiecie... -obrócili się ku mnie w mgnieniu oka i to niestety po raz kolejny wszyscy. Nie znoszę tego, ale muszę temu stawić czoła. Weszłam na krzesło i usiadłam na stole tak żeby wszystkich widzieć i żeby oni mnie widzieli. -No to tak, miałam sen. Obudziłam się na stercie liści. Obok mnie przebiegł facet, a za nim podąrzał drugi. Drugi przypchnął pierwszego do drzewa i wtedy zobaczyłam twarz drugiego, nim był Jack, pierwszego twarz również zobaczyłam, ale na początku nie mogłam jej skojarzyć, dopiero później przypomiałam sobie skąd ją znam. To nowy psycholog u nas w szkole.
-Nie no za raz, chwila moment, Carolin ty ją do psychologa wysyłasz -zapytał Stefano.
-No tak..
-Na czym to ja skończyłam -przerwałam bo wiedziałam że zaczną się kłucić na dobre -.. A już wiem, no i z tym nowym psychologiem mam jutro spotkanie, więc tak czy inaczej muszę na nie iść żeby się nie domyślił, że ja wiem, że to on mnie dziś zaatakował.
-Nie ma mowy! Nie pójdziesz na spotkanie z tym idiotą! -krzyknęła Ashley.
-Emy dobrze myśli -powiedział Jack, troszkę zirytowało mnie to że czyta mi w myślach,ale przynajmniej włączył się do rozmowy -zaopatrzymy ją w sarawieckie noże, dziś trochę potrenuje, a jutro jak będzie tam szła otoczymy szkołę, ja ustanę razem z Ashley pod oknem tam gdzie będzie się to odbywało i jak będzie chciał ją zaatakować wskoczymy i zabijemy sukinkota. -spodobał mi się ten plan. Dodał nieco swoich szczegółów i stało się tak że wreszcie ten plan miał jakiś sens. Wszyscy uważali plan za w miarę sensowny obrócz moich rodziców, choć z miny taty mogłam odrobinę sugerować, że być może się zgodzi, gorzej z mamą jej mina wyrażała złość i ogromny protest.
-Ale nie da się jej tak wytrenować, żeby chociaż jako tako umiała się bić -powiedział Simon, też niezbyt do końca przekonany do sugesti Jacka.
-To już nawet nie chodzi o obronę! Nie będę narażać córki na takie niebezpieczeństwo! -wszyscy gapili się na Carolin. Byli oszołomieni jej wybuchem, frustracją jaką emantowała na jej twarzy.
-Mamo ja chciałam ci przypomieć ile razy mnie okłamywałaś z tatą, a później jeszcze powiedziałaś że on nie żyje i teraz raczej jeśli chodzi o moje bezpieczeństwo to nie możesz mieć nic dopowiedzenia -obserwowałam ją. Wyczuwałam jej ból i strach. Spojrzałam na ojca, był wyraźnie zły na mamę, że mi powiedziała że on nie żyje, ale to nie moja wina. Zauwarzył że na niego patrzę i zgodził się ze mną i to chyba tylko dlatego, żeby zrobić mamie na złość, ale jego decyzja mi odpowiadała. Wszyscy nadal patrzyli na nią w wyczekiwaniu. -A chciałam powiedzieć jeszcze, że w szkole od trzech lat trenuję karate. -Jack spojrzał na mnie z lekkim zaskoczeniem i niemałym zdziwieniem. -No co obrona własna to podstawa -w jadalni podniusł się śmiech, ale mama jeszcze się nie odezwała. -Mamo i tak większość, albo właściwie wszyscy oprócz ciebie się zgodzili -z niechęcią pokiwała głową na znak, że się zgadza. Uśmiechnęłam się do niej, na co zaregowała uśmiechem i łzami w oczach.




przepraszam że wcześniej nie dodałam, ale jakoś byłam zajęta koszeniem trawy () i próbami zapomnienia o pewnym kimś kto przesiaduje w mojej głowie od jakiegoś czasu...
 

 
Rozdział 14
-Tak doskonale -dobrze. Otworzyłam szawkę. Typowo męska toaletka. Kremy po goleniu, antyperspiranty, maszynka elektryczna i nietypowe... nóż. Hmm niezbyt duży. Ostrze dwadzieścia centymetrów długości i cztery szerokości, ząbkowane. Lśnił bardzo jasnym blaskiem. Za drzwiami dosłyszałam głosy paru innych osób.
-Mamo czy możliwe że juz są tu twoi ludzie?
-No nie wiem poczekaj -słyszałam jak odkłada tą komórkę i bieże inną. Wystukała numer. Zaczęła coś gadać i się kłucić.
-Twoi ludzie już dotarli?
-Nie a co ?
-O cholera jasna! -mama nigdy nie przeklinała...
-Co jest?!
-W domu są przyjaciele Ericka -te słowa mnie dobiły 'przyjaciele Ericka' te słowa odbijały mi się echem w uszach, w całej głowie przez około dziesięć sekund. Zaczęłam panikować. Jacy ludzie Ericka?! O Boże na myśl że Erick tu jest robiło mi się słabo, a co dopiero że są tu jego ludzie! Zza drzwi dochodziło coraz więcej głosów. Ilu ich tu jest?!
-Mamo dotarliście już? -zapytałam z przerażeniem słuchając odgłosów zza ściany.
-Już prawie. -łup, łup -co się dzieje?! -łup, łup. Wywarzają drzwi! Cholera jasna! Rozpłakałam się drząc się w niebogłosy.
-Wywarzają drzwi! -pisk opon. Chyba już tu jest. Wyjrzałam przez malutkie okienko obok szafki. Z samochodu wysiadła mama. Chwilę później dołączyły do niej wampiry, następnie wilkołaki i człekokształtni, upadłe anioły już wyważały frontowe wejście. Skrobnięcie, odwróciłam się momentalnie. Zamek się zaczął przekręcać.
-Jack! -starałam się przekierować wiadomość wyłącznie do niego -Jack słyszysz mnie?! Weź się cholera odezwij! -stęknięcie.
-Jestem! -kamień spadł mi z serca. Słyszałam jego myśli. Wszystkie tak jakby były moimi. Niesamowite.
-Nie wiem którym jesteś! Jest was dwóch identycznych!
-Spokojnie...
-Jakie spokojnie! Jestem w łazience i zaraz tu będą! -kolejne przekręcenie klucza. Jeszcze tylko raz i ...
-Jak to w łazience?! -zapytał zdezoriętowany. No nie a gdzie niby?!
-Normalnie! Przebierałam się w toalecie w sypialni!
-O ja piernicze! Myślałem że w toalecie na korytarzu jesteś! -skrzyp otwieranych drzwi. Zacisnęłam mocno dłoń na rączce noża. Całe moje ciało było jak z waty. Trząsłam się jak oszalała.
-Jack ... -przełknęłam ślinę -otworzyli drzwi -wyszeptałam. Nie usłyszałam odpowiedzi byłam zbyt skołowana.
-Mamo gdzie ty jesteś?! -wrzasnęłam
-Na piętrze! Za chwilkę będę!
-Otworzyli drzwi od łazienki -załkałam. Usłyszałam tylko puknięcie porzuconego telefonu i bardzo, bardzo szybki bieg. Do łazienki wszedł jakiś włochaty facet którego jeszcze na oczy nie widziałam. Stał w postawie bojowej. Przyglądał mi się zakrwawionymi oczami i dziko wystawiał zęby. Wampir chyba, ale nie mam pewność. Uniosłam nóż. Blask ostrza chwilowo oślepił wampira, lecz po chwili wściekły ruszył w moim kierunku. Stałam w bezruchu próbując wymyślić jakiś sensowny plan. Przybliżał się, jeszcze chwilka i się rzuci. Miej więcej pamiętam z filmów jak się obsługiwać nożem, ale jeszcze nie próbowałam tego. Zgięłam rękę dotykając rączką piersi, przygotowując się na zamach. W jednej sekundzie stało się tak wiele. Wampir rzucił się z niespotykaną prędkością, ja jak strzała skoczyłam w górę, on uderzył całym ciałem o ścianę, spadając na ziemię wbiłam błyszczący nóż w plecy wampira po stronie gdzie znajduje się serce. Stęknął cicho i przestał się poruszać. Po chwili do łazienki wpadli: mama, tata, Jack, James, Grace, Simon i Ashley ze zdumieniem patrząc na wampira i na mnie, ale tylko Ashley zauważyła że ja płaczę i jestem prawie naga. Wyparowała z łazienki, po chwili wracając ze szlafrokiem.
-Dziękuję -szepnęłam
-Nie ma za co kochana -uśmiechnęłam się niewyraźnie. Ona będzie świetną przyjaciółką czuję to.
-To jest Jack -skierowałam pytanie w stronę taty, jednocześnie wskazując palcem na niego.
-Tak to on -westchnęłam i jednym szybkim ruchem rzuciłam się Jackowi na szyję który pod wpływem mojego ciężaru i szybkości osunął się razem ze mną na zimię. Roześmialiśmy się oboje i przywrliśmy do siebie ustami.
-Jack oni się na nas gapią... To powiedziałabym nieco krępujące -pokiwał głową ze zrozumieniem. Podniusł się razem ze mną z podłogi z dziwnym wyrazem twarzy.
-Moja piękna się krępuje przy was całować... Czy moglibyście opuścić sypialnię? Za parę minut do was dołączymy. -spojrzałam na niego z lekkim przerażeniem i uciskiem w żołądku, nie mogąc zmusić się do powstrzymania wybuchu śmiechu, ale jakoś się udało na szczęście. Rodzice popatrzyli po sobie, póżniej na Jacka, na mnie, nie wiedząc czy się zgodzić. Mama i tata zapewne wysyłali sobie telepatyczne wiadomości. Po minucie odezwał się tata.
-Dobrze... Ale jeżeli coś będzie się działo na przykład jakimś niespotykanym sposobem Erick tu wtargnie wołajcie nas. Córuś Jack pewnie zapomniał ci powiedzieć że możesz go rozpoznać po takim znamieniu -wskazał na jego obojczyk. Wyraźne łuki po bokach w środku tarcza, a na niej skrót TOOP, nad tarczą dwa krzyżujące się czarne skrzydła. Nie za duży ale i nie za mały. Przypatrzyłam się dokładnie objektowi i skinęłam głową na znak że zapamiętam. Po upragnionych dziesięciu sekundach w salonie nie było nikogo prócz nas.
-Idę na moment do łazienki. Weź nic nie odwal, co? -uśmiechnął się.
-Spoko tylko się pospiesz -wpadłam do łazienki, zdjęłam szlafrok, powiesiłam go na wieszaczku, poperfumowałam się delikatnym zapachem, wzięłam trzy noże na wszelki wypadek, wyszłam. Siedział na łóżku, zwrócony głową w moją stronę. Na widok mnie w biliźnie uśmiechnął się szerzej. Uniosłam brwi w oznace 'już nie przesadzaj', ale on odbowiedział inną miną w stylu 'piękna ja nigdy nie przesadzam'. Roześmiałam się. Podeszłam do niego i usiadłam obok. Odgięłam koszulkę sprawdzając czy ma tatuarz. Na szczęście jest. Położył mnie delikatnie na łóżko. Najpierw pocałował mnie w usta, następnie w obojczyk, ręce, dłonie, brzuch, nogi, znowu usta. To po prostu niesamowite. Pieścił oddechem i ustami moją szyję. Jeszcze nigdy tak się nie czułam. Delikatnie jeździł palcami po moich plecach. Tak wyluzowana jeszcze nie byłam, ale tylko się całowaliśmy nic więcej i to było dla mnie niesamowite, że nie zachował się jak każdy przeciętny facet pragnący tylko seksu, lecz jak prawdziwy mężczyzna dał mi czas. Kocham go za to. Leżemy teraz obok siebie przytuleni. Jest pięknie. On nie nalega na nic. Zauważył że mu się przyglądam.
-Coś nie tak?
-Nie jest okey... Dziękuję że nie nalegasz -powiedziałam nieco skrępowana i zamyślona. Uśmiechnął się lekko z szacunkiem i miłością. Dawał mi tyle bezpieczeństwa, ciepła, miłości...
-Nie ma za co. Jak będziesz przygotowana, to będziemy mogli to zrobić, ale dopuki nie jesteś przygotowana na to ani emocjonalnie, ani fizycznie nie mam prawa nalegać czy coś takiego. To będzie twoja decyzja -przytuliłam się do niego mocniej i się rozpłakałam. Pocałował mnie delikatnie w czoło. Pewnie nie wiedział czemu płacze, ale liczy się że stara się mi okazywać wsparcie, to jest najważniejsze. Przetarłam oczy, aby przestać płakać.
-Musimy zejść bo jeszcze pomyślą, że coś mi się stało -potaknął, wstał z łóżka, wyszedł z pokoju i wrócił z ubraniami dla mnie.
-Kochany jesteś -strzelił banana i zaczął się ubierać. Wzięłam ciuchy i weszłam do WC. T-shirt, rurki, stanik, majtki, skarpetki, tylko ciekawe skąd zna mój rozmiar. Uchyliłam drzwi i wyjrzałm na zewnątrz -skąd znasz mój rozmiar? -zapytałam udając zdenerwowanie.
-A tak się jakoś domyśliłem -wyszczerzył zęby.
  • awatar victoria_1115: @Runnin' Wild: dzięki :*
  • awatar Runnin' Wild: Cudny ;)
  • awatar victoria_1115: Hymm więc: po pierwsze na początku pisałam że tekst jest niedopracowany i na razie zbieram tylko opinię niektórych osób, owszem wezmę sobie do serca to co napisałaś. Po drugie jeszcze nie oddałam go do korekty, bo jeszcze końcówki nie dopisałam. Ale trochę krytki mi się przyda, fakt.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Patiii my czuby trzymy się raazem
Kochammm ♥
 

 
Rozdział 13
Po powrocie do Jacka rzuciłam się na kanapę przed telewizorem. Nie zdjęłam bluzy chociaż jest tu cholernie gorąco. Nie mam siły tego zrobić. Jack się roześmiał na widok mnie rozpłaszczonej na kanapie -no co zmęczona strasznie jestem.
-Wiem, wiem. Zrobić coś do jedzenia albo picia?
-Chętnie się napiję jak masz soku grejfrutowego.
-Znajdzie się chyba -zaczął szperać po szawkach w poszukiwaniu soku i szklanki. Podał mi mieniącą się kolorami tęczy szklankę pełną mojego ulubionego soku. Upiłam łyk aby sprawdzić jakość soku. I stwierdziłam że jest wyśmienity. -Masaż? -on chyba mi w myślach czytał, co nie było dla niego takie trudne.
-Tak, to jedyne o czym teraz marzę -usiadł obok mnie, rozciągnął palce i zaczął nieziemsko masować moje obolałe plecy. Stwierdziłam że ma niesamowicie sprawne i zręczne palce. Czuję jakbym się rozpływała. Tego mi było trzeba.
-I jak? -zapytał czułam że się uśmiecha i się śmieje z mojego cichego pomrukiwania.
-Nieziemsko -odparłam -po prostu wspaniale -wyszeptałam cichutko. Czułam że zaraz usnę -gdzie mogę spać? Czuję że jak tak dalej pójdzie to nie wstanę.
-Gdzie chcesz. Możesz nawet u mnie w sypialni, nie będę miał nic przeciwko -temu to tylko jedno w głowie. Uśmiechał się dziko i tajemniczo.
-Zapomnij -on się zasmucił! Haha ale jaja on smutny. -Ale będę spać z Tobą w pokoju bo się boję gdzie indziej -przytaknął i znowu uśmieszek niegrzecznego chłopca -zapomnij nic się nie wydarzy w każdym razie nie dzisiaj.
-Ale kiedyś... -unosił i opuszczał brwi w bardzo szybkim tępie.
-Kiedyś jest baaardzooo odległe -wyszczerzyłam się. Zwlokłam się z kanapy i zaczęłam mozolnie wspinać się po schodach -masz jakieś piżamy może? -jeju mógłby się pospieszyć komuś tu się chce spać -pomyślałam najgłośniej jak potrafiłam. Uśmiechnął się i powędrował za mną. Otworzył drzwi swojej sypialni, wszedł do środka. Uchylił drzwiczki szafy i wskazał na półkę, a ja pokazałam mu palcem drzwi. Gdy wyszedł wyjęłam piżamy wszystkie jakie były. No oczywiście jak każdy facet sama koronka! I co ja teraz zrobię?! Mogłam się tego spodziewać. Kurde noo! Muszę spać ale nie mam w czym. Skup że się dziewczyno! Niech pomyślę. Może wybiorę taką najbardziej zakrywającą? Ale którą? Mam fioletową w pomarańczowe paski, jasnozieloną i granatową. Hmm chyba zielona... Wzięłam piżamę i weszłam do łazienki. Prysznic tego mi trzeba. Puściłam letnią wodę. Po kąpieli ogoliłam nogi tak na wszelki wypadek, wysuszyłam włosy i założyłam piżamkę dwuczęściową, znaczy stanik i majtki niestety, bo innej nie było. Wyszłam z przestronnej łazienki. Wrzasnęłam z przerażeniem gdy ujrzałam go w pokoju. Niedługo przez niego zawału dostanę! Ale coś mi nie pasowało... Coś jakiś inny jakby jest... -Co zrobiłam -kurde głupie pytanie, przecież mógł tam być, ale innego nie mam -co zrobiłam, co powiedziałam gdy dowiedziałam się że mój ojciec żyje? -o nie nie wiedział! Myślał ale nie wiedział! Cholera jasna! Zatrzasnęłam się w łazience. Mój strach był całkowicie spaniczały. Na szczęście mam spodnie a w nich komórkę. Uff! Zadzwonię do Jacka. Wybrałam Numer podpisany 'mój ukochany< 33' i kliknęłam trzęsącymi dłońmi przycisk dzwoń. Jeden sygnał, drugi sygnał, trzeci sygnał, słyszałam dzwonek na dole. Głos w słuchawce. W pokoju nadal ktoś był bo cały czas próbował dostać się do moich drzwi za pomocą noża chyba.
-Piękna co jest? -nie mam zielonego pojęcia czy to Jack.
-Co zrobiłam gdy w biurze chcieli mnie zeżreć? -stęknął.
-Yyy no ten... -cholera! Nie wie!
-Spadaj dziadzie jeden! -wrzasnęłam
-I tak cię dopadnę -nogi się pode mną ugięły. Gdzie jeszcze mogłam zadzwonić? Tak, wiem, oczywiście, mama! Zanalazłam kontakt o nazwie 'mama' i kliknęłam dzwoń. Jeden sygnał. Głos na szczęście!
-Kochanie co się dzieje? -odezwała się zaniepokojona mama.
-Mamo ratuj! Jestem w Jacka w sypialni w łazience! W sypialni jest Erick!
-Skąd wiesz że Erick?
-Bo Jack powiedział że za każdym razem kiedy się rozstajemy i później spotykamy mam mu zadawać pytania z poprzedniego dnia albo sprzed paru minut, godzin na przykład i zadałam jedno pytanie, ale on nie wiedział! -usłyszałam wrzaski w salonie. Dwa identyczne głosy. -Mamo pospiesz się! Do sypialni wszedł teraz Jack i się biją! -wyjrzałam przez dziórkę od klucza. Zobaczyłam nóż. Jasny blask. Sarawiecki! -Oni się pozabijają! Któryś tylko nie wiem który czy Erick czy Jack ma sarawiecki nóż! Szybko! -wrzaski w słuchawce, komendy, polecenia, rozkazy jak w wojsku zupełnie. Po dziesięciu sekundach które wydawały mi się całymi godzinami odezwała się zasapana mama.
-Kochana zapewne w któreś szufladzie znajdziesz sarawiecki nóż. Jack prawie w każdym zakątku domu je trzyma na wszelki wypadek. Ja tam będę za pięć minut. Pare wampirów może dotrze szybciej. -słyszałam pisk opon, ale nie naszego samochodu, jakiegoś dużo szybszego -kochanie nie rozłączaj się chcę wiedzieć co się dzieje.
-Okey -odłożyłam telefon na szawkę i wzięłam na 'głośno mówiący' -słyszysz mnie?
  • awatar victoria_1115: wklejam jeszcze dziś dla ciebie :*
  • awatar Runnin' Wild: No i w takim momencie przerwałaś ;c ale racja - nie ma to jak wyczekiwanie na kolejne części ;P
  • awatar victoria_1115: krótszy, ale nie ma to jak wyczekiwanie na dalsze części ..:)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Ten rozdział może być troszkę nudny, ale musiałam jakoś niektóre osoby przedstawić, a to był najlepszy sposób ;P
 

 
Rozdział 12
-No to tak -zamyśliłam się. Co ja właściwie zamierzałam im powiedzieć? Od czego zacząć? -Jestem Emily Shendy -przeszły ciche szmery wśród dość licznego tłumu, a ja czułam się jakbym wygłaszała mowę życia. Wszyscy gapili się na mnie osłupiali, zaciekawieni i zniesmaczeni. -Jestem córką Carolin i Stefano. Upadłego anioła i śmiertelniczki, która po ślubie stała się nieśmiertelna. -mamy mina troszkę mnie dobijała. -Moim chłopakiem jest Jack Conor. Upadły anioł. O tych rewelacjach dowiedziałam się pierwsze o Jacku wczoraj, drugie o rodzicach dzisiaj. Uwierzcie mi to był dla mnie co najmniej szok. -o dziwo mówiłam z niespotykaną dotąd pewnością siebie. Jakbym była jedną z nich. Jakbym była przywódczynią. Miny zebranych były niejasne. Na szczęście wampiry chyba zrezygnowały z mojej krwi, bo schowały kły a oczy odzyskiwały dawny kolor. To było duże pocieszenie. -Ja was nie znam, ale wiem że skoro tu jesteście, w tym budynku, jesteście tymi dobrymi i chyba -popatrzyłam po nich -nic mi nie zrobicie. -co niektórzy pokiwali głową, inni uśmiechnęli się, jeszcze inni mówili do mnie 'tak', 'jasne', 'oczywiście' i tak dalej. Moje słowa chyba poskutkowały. Byłam z siebie niezmiernie dumna. -Chciałabym was poznać -uśmiechnęłam się niepewnie. Z tłumu wyszła wysoka brunetka, o oczach koloru głębokiego fioletu. Dość niespotykany i zachwycający kolor. Uśmiechnęła się uroczo i radośnie.
-Jestem Ashley Rey. Jestem córką Elizabet i Simona -wskazała na dwójkę stojącą przy biórku. On miał około dwóch metrów wysokości. Ciemne brązowe oczy. Miał na sobie czarną koszulkę przez którą było widać okazałe mięśnie. Ona metr osiemdziesiąt. Szczupła, uśmiechnięta zielono -zółte oczy. -Wampira i śmiertelniczki. Podobna sytuacja jak u ciebie moja mama po wyjściu za mąż stała się nieśmiertelna tylko nie tak od razu lecz poprzez ugryzienie. No więc ja jak się domyślasz jestem człowiekiem-wampirzycą. -pokiwałam głową rozpromieniona. -Mów mi po prostu Ash. - podałam jej rękę -Emy. -Ash zakołysała biodrami, odwróciła się wzięła krzesło i usiadła parę centymetrów ode mnie.
-Mów nam po imieniu -odezwała się Elizabet, a Simon potaknął z lekkim uśmiechem.
-Miło mi -przywitałam się z małżeństwem i usiadłam z powrotem na krzesło. Jack z niemałym zdziwieniem przyglądał się temu co tu uczyniłam. Był po prostu zachwycony! Zobaczył że na niego patrzę i się podrapał po głowie. Po czasie krótszym niż dwie sekundy roześmiał się. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Jego uśmiech był niesamowity, sprawiał że po prostu uśmiech wchodził na twarz czy ktoś tego chciał czy nie. Z tłumu wyłonił się chłopak. Wysoki jak chyba wszyscu tutaj. Około metra dziewiędziesiąt, czułam się wśród nich jakaś mała choć miałam wzrost zbliżony do nich. Oczy koloru błękitu nieba. Ciemny szatyn.
-Jestem Taylor Cox. Jestem synem Niny i Rileya -wskazał na dwójkę, na moje oko trzydziestoparo letnich ludzi, kobieta szczupła, około metr siedemdziesiąt osiem. Długie wałowane rudo, blond włosy, sięgające do pasa. Mężczyzna oczywiście umięśniony. Blond, brązowe włosy obcięte na pięć centymetrów od głowy. -Wilkołaka i zmienno kształtnej, zmienia się w wilka-niedźwiedzia -nie powiem ale to mnie przeraziło -wiem trochę zabójcza mieszanka -uśmichnął się ze zrozumieniem. -Mów mi Tay. Taki skrót. -roześmiałam się gdy przy swoim imieniu zarzucił włosy niezgrabnie do tyłu.
-Nam też mów po imieniu -powiedział mężczyzna a kobieta pokiwała głową i powiedziała coś w stylu 'jasne'. Przywitałam się i czekałam aż ktoś wyjdzie z tłumu. Wyłoniła się nastolatka. Bardzo mi kogoś przypominała. Nagle uświadomiłam sobie że to jest moja koleżanka z klasy. Włosy brązowo-blond. Oczy zielone niczym listki na drzewach na wiosnę. No i standardowe: szczupła, wysoka.
-My się znamy -pokiwałam głową -ale i tak się przedstawię. Chloe Wesley. Jestem córką Paulin i Iana -kiwnęła w stronę drzwi. Stała tam młoda para. Ona szczupła, wysoka, biało-szare sięgające do barków włosy, lawendowe oczy. On umięśniony. Kruczo czarne włosy, dość krótko obcięte, oczy czarno-brązowe. Pomachałam ręką. -znaczy wampirzycy i wilkołaka, a ja jestem no nimi obydwoma jednocześnie. Wiem możesz być zaskoczona że chodzę normalnie do szkoły i w ogóle.
-Nie no dobrze jest- posłałam niepewny uśmiech.
-Jak do wszystkich po imieniu -uśmiechnęłam się na słowa Iana. Kolejni wyłonili się bliźniacy. Dziewczyna i chłopak. No dość młodzi, wyglądali na osiemnaście do dwudziestu lat. Włosy i jej i jego tego samego koloru znaczy głębokiego ciemnego odcienia brązu z dwona czerwonymi pasemkami po prawej stronie głowy. To co zwykle on umięśniony choć nie tak bardzo jak mężczyźni znaczy w sensie rodzice, no i jeszcze szczupły. Ona szczupła, wysoka.
-Ja jestem Miley Bloom, mój brat Xavier. Jesteśmy hmm w nawiasie dziećmi Hilary i Samuela -wskazała kciukiem na miejsce obok moich rodziców. Kobieta no oczywiście szczupła, wysoka ciemno-niebieskie włosy wygolone po lewo po prawo cieniowane do szyi. Facet jak zwykle umięśniony, wysoki , czemu oni wszyscy są tacy wysocy? Jasno brązowe z odcieniem czerni włosy. Wyraziście granatowe oczy. Uśmiechnęłam się do nich -upadłego anioła i wilkołaczki, ja mam dar czytania w myślach, szybkości i mogę się do połowy zmieniać znaczy że tylko kły, a Xavy zmienia się w wilkołaka, wyczulone zmysły i jest szybki.
-Miło nam cię poznać. Mów nam po imieniu. -potaknęłam. Z tłumu przepchał się chłopak. Kręcone fioletowo-brązowe włosy. Szare oczy z czarnymi takimi jakby nitkami.
-Jestem Tomas Wilson. Moi rodzice Paris i Jeff - pomachali do mnie. Kobieta nie muszę chyba wspominać że wysoka, szczupła. Pomarańczowe
sięgające lekko za ramiona włosy. Oczy jasnofioletowe. Mężczyzna wysoki, umięśniony. Włosy w kolorze laski wanili. Oczy przy tym kolorze wyglądały jak niedokońca spalone drewno -wampirzyca i zmiennokształtny, zmiana w niedźwiedzia polarnego -przełknęłam ciężko ślinę -spokojnie nic ci nie zrobi. No ja po takim połączeniu rodziców mogę wysysać krew i zmieniać się ale nie w niedźwiedzia ale białego wilka. Zwracaj się do mnie Tom.
-Nie bój się mnie -szturchnął mnie lekko w bark. No Jeff miły. Uśmiechnęłam się. -Mów nam po imieniu. Zauważyłam że zostało jeszcze tylko sześć osób, ale oczywiście to nie wszyscy z biura. Przybliżyły się w moją stronę. -odezwała się żółto-ruda dziewczyna o kaszmirowych oczach.
-Ja jestem Bonnie Hilton, mam paranormalne zdolności -wskazała oczami w bok- mój partner Logan Cruz, wilkołak -brązowo-ciemnozielone włosy, srebrne oczy. -Nasi rodzice zostali zabici przez Eicka -jej twarz pociemniała.
-Ja jestem Kelly Musso, zmiennokształtna wilkołaczka -skinęłam- mój narzeczony James Davis, wampir. Zapraszam na ślub -ucieszyłam się bardzo i zaklaskałam w dłonie. -To samo co u Bon i Loga, rodzice zamordowani przez Ericka.
-Ja jestem Grace Whibley, wampirzyca/śmirtelniczka miło mi -uśmiechnęłam się -mój chłopak Kevin Wilson, paranormalny przyszły wampir -szturchnęła go lekko dłonią -to samo co u Bon, Loga, Grace i Jamesa. Mord Ericka. -posmutniałam i się wściekłam że zabił tyle osób.
Jack podszedł do mnie, mocno przytulił i pocałował. -Jesteś niesamowita. Wiesz?
-Przesadzasz ja tylko się przedstawiłam i poznałam takich jak ja i ty.
-Takich jak ty -zapytał tata, a ja zapomniałam powiedzieć z tego wszystkiego że też mam nadprzyrodzone zdolności.
-No tak... Zapomniałam o tym powiedzieć. -Stefano posłał Jackowi pełne zdumienia spojrzenie. Mama też już o tym zapomniała.
-Emy jakie zdolności?
-Przenoszenie się do przeszłości w snach i normalnie -powiedziałam.
-Telepatia -napomknął Jack. Rodzice byli bardzo zdziwieni. Niepodejrzewali że mogę być paranormalna.
-Uwierzcie jakie było to dla mnie zaskoczenie. Mój ojciec upadły anioł, mama nieśmiertelna, chłopak upadły anioł, jakiś idiota Erick który chce mnie zabić i to też upadły anioł. Wy wszyscy wampiry, wilkołaki, upadli aniołowie, zmiennokształtni, paranormalni nawet nie zdajecie sobie chyba sprawy jak to jest w ciągu dwóch dni dowiedzieć się tego wszystkiego. -o dziwo wszyscy potakiwali. Nie przeczyli ani nic innego tylko się ze mną tak po prostu zgadzali. To było trochę dziwne uczucie otrzymać tyle zrozumienia od zupełnie obcych mi osób. Nie wspomnę o Jacku przy moim boku nieustannie dającego mi wsparcie. Spojrzałam na zegarek na ścianie dochodziła północ. Oni może nie musieli spać ale ja tak. -Jack mogę przenocować u ciebie?
-Emy co to ma się znaczyć -zapytał ojciec.
-Nie macie mi prawa rozkazywać - wskazałam palcami na Carolin i Stefano -muszę wszystko na spokojnie przemyśleć -chyba zrozumieli, bo tata niewidzialnie skinął głową, a mama zmarszczyła brwi.
-Mogę czy nie Jack?
-Tak, oczywiście skarbie -musnął delikatnie ustami moje czoło.
-No dobra to może będziemy się zbierać bo jestem strasznie zmęczona -przytaknął. Obróciłam się twarzą do nowo poznanych przyszłych przyjaciół -dziękuję wam wszystkim, za miłe powitanie i dobranoc.
-To nam było bardzo miło -odezwał się Taylor z szarmanckim uśmiechem. Jack walnął go w plecy a ja się roześmiałam.
-Dzięki Tay. Do zobaczenia jutro? -z pytaniem zwróciłam się głównie do rodziców ale nie tylko. Wszyscy razem po raz kolejny przytaknęli. -Cieszę się. Postaram się zapamiętać wasze imiona ale nic nie obiecuję -śmiech w biurze sprawił że atmosfera stała się całkowicie wyluzowana.
  • awatar Własny styll: Kliknij "Lubię to!": - http://www.facebook.com/pages/My-mamy-d%C5%82ugie-w%C5%82osy/317307588363577 , - http://www.facebook.com/pages/My-mamy-w%C5%82asny-styl/350681771669375 . Zapraszam też na mojego bloga: - http://theworldoffashionbrunette.blogspot.com/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Sorry, że taki długi rozdział, ale nie wiedziałam jak go rozdzielić ... Mam nadzieję, że wam się będzie podobać do końca
 

 
Rozdział 11
-No więc zaczęło się od tego że jak Bóg stworzył świat i zwierzęta, gdy miał stworzyć człowieka stworzył istoty,
które były aniołami. Wysłał je aby chroniły wszystkiego co stworzył. Pierwszego jak zapewne wiesz stworzył
Adama i zakazał mu zrywać jabłek z wielkiej jabłoni. Było to zakazane drzewo. Kolejna była Ewa. Adam
przekazał jej zakaz Boga, lecz ona nie dotrzymała obietnicy i za pokusą diabła i braku sprzeciwu niektórych
aniołów zarwała jabłko i razem z Adamem je zjadła. Gdy Bóg się o tym dowiedział wygnał ich wraz z tymi
aniołami , a tym dobrym nakazał naznaczyć wygnane bransoletami których nie da się zdjąć i gdy upadły
chce je zdjąć okaleczają go i parzą a rany się nie goją. Jednym z nich był Stefano, kolejny Erik, ja
i wielu innych. Po wygnaniu staliśmy się bardzo dobrymi przyjaciółmi. Wszystko robiliśmy razem. Dostaliśmy
od Boga także można by powiedzieć listę rzeczy których nigdy niemoglibyśmy zrobić. Po pewnym czasie
Stefano się zakochał i ożenił się z Caroline. Wtedy stała się jedna z zakazanych nam rzeczy Carolina -
zaszła w ciążę ze Stefano. Po dziewięciu miesiącach narodziła się prześliczna, przecudowna Kristen.
Bóg dowiedział się że został złamany jeden z jego listy zakaz powiedział, że dziewczyna niedorzyje więcej
niż 18 lat, a będzie ją zabijał jeden z upadłych w odkupieniu za grzech chyba że się z nią ożeni, ale nie
od tak sobie tylko w wielkiej miłości. Twoje pierwsze wcielenie było niesamowite. Zakochałem się
w Tobie, lecz nie tylko ja ale i Erik. Rywalizowaliśmy o twoje względy bardzo zacięcie i żaden z nas nie
chciał się poddać. W końcu przeszedł czas że musiałaś wybrać między nami i wybrałaś mnie. On
się wściekł, zaprzysiągł się że nigdy ni ci ani mi nie wybaczy. Poszedł do takich wysłanników Boga żeby
powiedzieć, że nie muszą nikogo wyznaczać tylko on to będzie robił, lecz za pierwszym razem, pewnego
dnia, gdy byłaś u mnie pokazywałem ci broń - sarawiecki nóż - , która mogła mnie zabić. Miałaś ją w ręce
i wtedy weszła Diana. Zobaczyła cię z tym nożem i się na ciebie rzuciła. Wbiła ci ten nóż prosto w serce
i odcięła głowę żeby mieć pewność że nie żyjesz. Nie zdążyłem zareagować. Stałem jak słup. Ona podbiegła
do mnie i się pytała czy nic mi się nie stało, a ja byłem na nią wściekły. Powiedziałem jej co zrobiła ona
mnie zaczęła przepraszać lecz ja nie chciałem tego słuchać do tej pory jej nie wybaczyłem. No i właściwie
cała historia. No i jeszcze zapomniałem wspomnieć , że twoja mama jak wyszła za Stefano stała się nieśmiertelna
Patrzyłam na niego osłupiała. To czego się dowiedziałam było straszne po prostu! Nie mogłam znieść
myśli że całe moje życie było jednym wielkim kłamstwem i tajemnicą. Mój tata i upadł anioł, mama jego żona,
ale nie normalna tylko nieśmiertelna. Chłopak też upadły anioł. Mój psycholog to samo po prostu całe życie z
wariatami! Boże ja się normalnie załamię! Tylko czy to odpowiednia chwila żeby modlić się do Boga jak on
chce mnie zabić? O rany jak oni wszyscy mogli mi to zrobić, ukrywać tyle rzeczy w tajemnicy, kompletna
beznadzieja. Złapałam się kurczowo ramy łóżka żeby nie zemdleć. To czego się dowiedziałam było
najgorszym koszmarem jaki kiedykolwiek przeżyłam. Spojrzałam na niego wyraz jego twarzy mówił jakby
wiedział co ja przeżywam, ale widziałam też że się zastanawia i się martwi o mnie. -Podaj mi coś mocnego
najlepiej wódke najmocniejszą jaką masz. -posłuchał mnie i przyniósł wódkę i kieliszek. Chciał mi nalać, ale
wyszarpnęłam mu butelkę z ręki i zaczęłam pić ją jak wodę. Przyglądał mi się wielkimi z oczami. Oderwałam
butelkę od ust żeby złapać powietrze i zaciągnęłam się drugi raz. Chciałam dalej pić , ale już nie mogłam bo
bym się zerzygała.
-Przepraszam to nie ja powinienem ci to powiedzieć.
-Nie bój się dobrze zrobiłeś. Szkoda tylko że rodzice to przede mną ukryli.
-Chcieli dobrze..
-A tam na dole to był mój ojciec czy Erik?
-Eric. Już zaczął na ciebie polować. Chce cię już mieć z głowy w tym wcieleniu.
-Fajnie wiedzieć...
-Ale to nie znaczy że musisz tyle pić.
-Właśnie że muszę bo inaczej nie wrócę do domu i nie przeżyję tych wszystkich tajemnic.
-Jak bardzo jesteś na mnie wściekła?
-Na ciebie prawie wcale, ale na moich rodziców tego Erika aż za bardzo.
-Oni tylko chcieli cię chronić. - Spojrzałam na niego z dezaprobatą. Niestety musiałam trochę przystopować
z piciem, bo nawet nie dam rady wstać. Odłorzyłam butelkę na stolik. Schowałam twarz w dłoniach i się
rozpłakałam. Poczułam silne ramiona obejmujące mnie mocno i jego twarz w moich włosach. Delikatny
oddech na karku i dłoń gładząca lekko moje włosy. Czułam się bardziej bezpieczna niż kiedykolwiek
wcześniej. Muszę się uspokoić! Wydostałam się z objęć i otarłam oczy.
-Co teraz zrobimy?
-Może najpierw dokończymy kolację?
-Może i masz rację. Troszkę zgłodniałam. -Wstał z łóżka i podał mi rękę -pójdę najpierw do łazienki trochę
się ogarnąć -pokiwał głową potakująco. Weszłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Kim ja do cholery właściwie
byłam? Rodzice nie byli ludźmi normalnymi tylko nieśmiertelnymi. Głowa mi pęknie zaraz od tych myśli. Tylu
pytań które w tej chwili miałam w głowie nie miałam wcześniej w każdym razie nie naraz. Muszę go o wszystko
wypytać. Mój ojciec w ogóle żyje? Jak będzie wyglądało moje życie? Boję się ! Moje życie z dnia na dzień
wywróciło się do góry nogami ! Póściłam wodę i schłodziłam twarz. Wyszłam z toalety i zeszłam na dół. Jack
odsunął mi krzesło i usiadłam. Nałożyłam sobie udko i polałam sosem. Wzięłam kęs i nawet nie zdawałam
sobie sprawy, że jestem aż tak głodna. Jadłam i jem i się opanować nie mogę. Już moja czwarta dokładka.
Jak nie przestanę to pęknę. Dopiero pochwili spostrzegłam że Jack mi się przygląda - co ubrudziłam się?
-Nie myślę tylko.
-Aaa a można wiedzieć nad czym?
-Nad tym że chyba po tym wszystkim to już nie mam co liczyć na jakiekolwiek uczucie z twojej strony - to
mnie troszkę zaskoczyło. Nie zabardzo wiedziałam jak odpowiedzieć na to pytanie, a raczej myśl, ale sprawa
była prosta ja go kocham jak on mnie kocha to jest okey.
-Kocham cię i to się nie zmieni, chyba że ty mnie nie kochasz. -Jack podszedł do mojego krzesła i przykucnął.
-Ja... Jak ja mógłbym cię nie kochać? Jesteś piękna, młoda masz wspaniały pełen podziwu charakter, jesteś
uczciwa, prawdomówna i szczera przede wszystkim. Nie spotkałem jeszcze żadnej takiej kobiety jak ty. -oczy
mi wyszły na wierzch. Jeszcze od nikogo nie usłyszałam tylu pięknych słów. Łzy mi napłynęły do oczu. Nie
dlatego że byłam zła albo coś w tym stylu tylko to łzy szczęścia. Przytulił mnie już nie wiem który raz dzisiaj
ale tylko w jego ramionach czułam się tak naprawdę bezpieczna. Nie chciałam opuszczać go ani na chwilę.
Chciałam żeby był ze mną na zawsze, żeby mnie chronił, wspierał, pomagał mi.
-Masz jeszcze jakieś tajemnice? -to było dość głupie pytanie, ale cóż jedno z tych na które musiałam znać
odpowiedź.
-Tak - tego się niestety spodziewałam. - I musisz poznać jeszcze jedną dzisiaj. Ty też nie jesteś taka
całkowicie normalna.
-Mogłam się domyślić. Znaczy że co ? Kim ja jestem?
-Hmm jak by to ująć... Jesteś a raczej będziesz nieśmiertelna jak się ożenisz z upadłym i będziesz mieć z nim
dziecko, bo jesteś nefilim.
-A to nie takie bajkowe postacie?
-No jak tak spojrzeć teraz na twoje życie to to chyba koszmar a nie bajka. - miał rację
-No tak ... A wyznasz mi kiedyś resztę tajemnic?
-Kiedyś tak, ale już nie dzisiaj, chyba miałaś już sporą dawkę emocji i tajemnic?
-Tak, aż za dużą ... Która godzina?
-Siedemnasta trzydzieści osiem, a co?
-Moja mama naprawdę pracuje?
-Z tego co mi wiadomo to tak, ale nie tam gdzie myślisz.
-Znaczy?
-No nie w takim typowym biurze tylko w takim jakby to powiedzieć stowarzyszeniu czy coś w tym stylu.
-Na czym polega jej praca?
-No to pytanie oznacza ujawnienie kolejnej tajemnicy.
-Znowu? Och Boże, ale cóż mów bo i tak się kiedyś dowiem i tak.
-No więc istnieją nie tylko upadłe anioły, ale także anioły stróże, anioły śmierci i tym podobne, ale to jeszcze
nie wszystko. Istnieją także -bałam się końca zdania - wampiry, wilkołaki, zmiennokształtni, ludzie z
paranormalnymi zdolnościami i tak dalej. -wyczytałam z wyrazu jego twarzy moje przeogromne przerażenie.
Wiedziałam, że widać je na całej twarzy nawet na ciele. Miałam gęsią skórkę, trzęsłam się ze strachu jak
galareta i nie mogłam wymówić ani słowa. Wzięłam głęboki wdech aby chociaż w małym stopniu zapanować
nad coraz większymi emocjami.
-To na czym polega ta jej praca? -zapytałam niepewnie.
-No to jak już mówiłem to stowarzyszenie które pomaga takim jak my potrafić się odnaleźć, sprawić aby nikt
nie odkrył naszej tajemnicy czy coś takiego.
-Wiesz gdzie to jest?
-Tak miej więcej wiem, a co?
-Zbieraj się jedziemy.
-Taraz?
-Tak w tej chwili, natychmiast.
-Ty też się chyba musisz trochę przebrać, bo chyba tak nie pojedziesz jest przecież zimno. Mam w szafie obok
tam gdzie znalazłaś sukienkę dżinsy, t-shirt, bluzki , bluzy. Buty też jakieś tam są. Myślę że znajdziesz coś dla
siebie.
-Okey. Dzięki ci bardzo za wszystko. Za 10 minut z powroten tutaj?
-Dobra -pobiegłam na piętro i wpadłam do pokoju. Otworzyłam szafę, znalazłam fioletową koszulkę z misiem
i napisem 'I miss you', ciemne dżinsy rurki, białe skarpetki, ja nie moge nawet bieliznę ma! To chyba lekka
przesada, ale z drugiej strony to dobrze bo i tak nie miałabym co ubrać. Postanowiłam wziąć niebieskie
majtki z koronką i błękitny stanik. Wybrałam jeszcze grubą czarną bluzę z kapturem. Włożyłam na siebie
ubrania i wróciłam na parter. Oczywiście on już na mnie czekał ubrany w czarne dżinsy, czarny t-shirt, czarną
bluzę, czarne buty i czarną skórzaną kurtkę. Podał mi płaszcz, czapkę, szalik, wziął klucze od samochodu i od
domu i wyszliśmy. Zamknął drzwi frontowe, otworzył mi drzwi i wsiadł do samochodu. Ruszyliśmy z diabelską
prędkością -co zamierzasz jej powiedzieć?
-Nie wiem. Do tej pory miałam zamiar jej to wykrzyczeć prosto w twarz ale coraz bardziej myślę że to niezbyt
dobry pomysł, ale kłamać nie mam w ogóle zamiaru.
-No tak bo po co kłamać jak i tak znasz już prawdę. Włączyć muzykę?
-Możesz a co masz?
-W schowku są płyty -otworzyłam schowek i zaczęłam przeglądać płyty. Wybrałam jeden z moich ulubionych
zespołów a mianowicie "Linkin Park", włożyłam płytę. Zaczęła lecieć muzyka, a ja się odrobinę rozluźniłam.
Muzyka zawsze działała na mnie kojąco.
-Ymm dobry wybór. Lubię ten zespół. Grają dobrą muzykę. -odczekał chwilę -Chcesz żebym się zatrzymał, żebyś sobie ułożyła w
głowie tak mniej więcej wszystko co chcesz jej powiedzieć?
-Nie musisz. Dam radę -uśmiechnęłam się lekko.
-No to dojechaliśmy -zatrzymał samochód przed kilkunasto piętrowym budynkiem.
-To tutaj? Widziałam ten budynek już wcześniej ale zawsze myślałam, że tutaj jest biuro nieruchomości.
-No dosyć dobrze się maskują. Wysiadamy? -wzięłam dziesięć głębokich wdechów i przytaknęłam. Wysiadłam,
Jack zamknął auto ja wzięłam go za rękę i weszliśmy do budynku. Podeszliśmy do biórka sekretarki.
-Dobry wieczór
-Dobry wieczór. W czym mogę pomóc?
-Szukam Caroliny Shendy czy zastaliśmy ją?
-Tak połączyć czy sami państwo pójdziecie?
-Pójdziemy tylko gdzie?
-Dwunaste piętro, drzwi numer tysiąc trzysta sześćdziesiąt dziewięć.
-Dziękuję bardzo.
-Proszę -ruszyliśmy do windy. Kliknęłam '12', winda ruszyła. Dotarliśmy i zaczęłam szukać drzwi. Tysiąc trzysta
sześćdziesiąt pięć , tysiąc trzysta sześćdziesiąt sześć, tysiąc trzysta sześćdziesiąt siedem, tysiąc trzysta
sześćdziesiąt osiem i tysiąc trzysta sześćdziesiąt dziewięć. Przeżegnałam się na co Jack zareagował cichym
wybuchem śmiechu i w sumie to ma rację, ale tak się strasznie boję i nie mam się do kogo właściwie zwrócić
o pomoc.
-Boję się -szepnęłam
-Nic się nie stanie jestem z tobą -przytulił mnie, a ja zapukałam przesadnie mocno w drzwi. Usłyszałam kroki
za ścianą. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. Drzwi się otworzyły i ukazała się w nich moja mama, ale
nie w tym stroju w którym wyszła do pracy lecz w czarnych obcisłych spodniach i czarnej koszulce. Była
zdziwiona, oparta jedną ręką o ścianę. Przepchnęłam się pod nią.
-Yyy nie spodziewałam się was -spojrzała na Jacka znacząco. Ja milczałam.
-Ona wszystko wie Carolin -odpowiedział. Mina mojej mamy zmieniła się momentalnie ze zdziwionej w
zaskoczoną, przejętą, oburzoną, śmiertelnie przerażoną i pełną bólu. Podeszła do mnie i chciała mnie przytulić,
ale zakazałam jej ruchem ręki się do mnie zbliżać. Widziałam jej łzy w oczach.
-Ile wie -miała nadzieję że nie za dużo się dowiedziałam.
-Właściwie do wszystko.
-Jak mogłeś do tego w ogóle dopuścić?! -to mnie oburzyło i rozwścieczyło na tyle że się na nią rzuciłam i
dopchnęłam do ściany.
-Gdyby on nic bym nie wiedziała! Cały czas tkwiłabym w tym pochrzanionym kłamstwie!
-Wyrażaj si...
-Nie rozkazuj mi! Po tym wszystkim nie masz prawa! -Jack dotknął mojego ramienia.
-Emy to nic nie da. Bicie się wrzaski i tym podobne sprawy w niczym nie pomogą w obecnej sytuacji. - mocniej
przycisnęłam ją do ściany.
-Ja.. ck.. pom.. óż - wysapała. Póściłam ją. Przecież nie chciałam jej zabić w końcu to moja mama. Upadła na
ziemię, trzymając się za gardło.
-Jak mogłaś!? Tyle lat .. Tyle wcieleń mnie okłamywać! -spojrzałam na Jacka. Usiadł na fotelu i się
przysłuchiwał naszej można by powiedzieć rozmowie. Pokiwałam głową z oburzeniem i frustracją.
-No co to są wasze rodzinne sprawy nie mam prawa się wtrącać.
-Masz bo jesteś rodziną! -nie wiem po co krzyknęłam i co mnie podkusiło z tymi słowami ale już za późno już
je wypowiedziałam i one wydobyły się z głębi serca. Jego mina wyrażała co najmniej zdziwienie. Nie spodziewał
się tego wcale. Oblałam się rumieńcem i nie próbowałam tego ukryć. Mamy mina jeszcze dziwniejsza.
Zaskoczona, zniesmaczona i jakby nie wiedziała czy dobrze usłyszała. Wytknęłam palec wskazując na nią.
- Owszem dobrze usłyszałaś. On jest moim chłopakiem i nie zmienię zdania choćby nie wiem co się działo. -
Teraz jej mina była jakaś taka w ogóle nie do rozszyfrowania, a Jacka pełna ciepła, miłości i pozytywnych
emocji nie zbyt odpowiedznich do zaistniałej sytuacji ... Choć po moich słowach sytuacja się nieco zmieniła.
-A ty też dobrze słyszałeś. Kocham cię.
-Ja ciebie też, ale jak zmienisz zdanie to uszanuję twoją decyzję - no myślałam że wybuchnę.
-Noż kurde powiedziałam że zdania nie zmienię bez wględu na wszystko tak?! -pokiwał głową.
-Tak ale wiele się może jeszcze wydażyć i...
-Żadnego ale! Ja cię kocham jak ty mnie kochasz jesteśmy razem! - no ta mina u niego chyba do tej pory
jeszcze nie wystąpiła. Taka jakaś dziwna ... Radosna?
-Kocham cię.
-No to fajnie. -uśmiechnęłam się. Potarłam głowę bo nie przyszłam tu po to żeby wyznawać miłość tylko
porozmawiać z mamą, która jak zauwarzyłam zdąrzyła już podnieść się z podłogi i usiąść na swoim miejscu
za biurkiem. Usiadłam na miejcu dla gości naprzeciwko niej. Potarłam skroń bo strasznie mnie rozbolała
głowa. Pewnie przez tą wódkę dość mocna była i jeszcze ta kłutnia wrzaski. Mam tego dość. - Posłuchaj ...
Ja nawet nie wiem jak ja mam teraz się do cibie zwracać... A co dopiero rozmawiać o jakiś ważnych sprawach.
-Córeczko...
-Nie mów do mnie córeczko nie jestem dzieckiem! Poza tym to chyba byłaby lekka przesada z takimi zwrotami.
Nie sądzisz?
-Może masz rację - spojrzała na Jacka który usiadł obok mnie -czemu się dowiedziała? Co Cię do tego nakłoniło? - mówiła tak jakgdyby mnie tam w ogóle nie było.
-Ma przejawy zdolności paranormalnych - mina Carolin była śmiertelnie przerażona i zdziwiona po raz nie wiem który dzisiaj.
-Jak... -wydusiła - Jakie przejawy? O czym ty mówisz?
-To bardzo niewiarygodne, bo do tej chwili nie mogę w to uwierzyć, ale ona cofa się w przeszłość. Dlatego się dowiedziała, ale również dlatego, bo chciałem jej to powiedzieć chciałem żeby w końcu dowiedziała się prawdy, która była przed nią skrywana tak wiele lat.
-Poczekaj chwilę. Stop. Ona się cofa w przeszłość? -duża nuta niedowierzania.
-Tak.
-Ale jak... Jak to jest możliwe?
-Po prostu byłam dziś u Jacka, jedliśmy obiad, zmknęłam na chwilę oczy i przeleciały mi niewyraźne obrazy w głowie. Poprosiłam żeby mnie zaniusł do sypialni, położyłam się i zobaczyłam fragment przeszłości - rozchyliła usta w kształcie litery 'o'.
-Byłaś u niego w domu? Nie możesz przecież wychodzić z chłopakami..
-Nie pouczaj!
-Wciąż jestem twoją matką.
-Teraz to już w to wątpię -wiedziałam że tymi słowami ją zraniłam, ale musiałam być szczera, ale o dziwo pokiwała głową na znak zrozumienia?
-Masz rację. Nie powinnam cię pouczać. Sama nie jestem lepsza, może nawet gorsza. -oczy mi prawie wyszły z orbity. Ona przyznała się do błędu? Niemożliwe... A jednak!
-O łał tego to się nie spodziewałam.
-Wiem, ale taka jest prawda. -pokiwałam niepewnie głową. Usłyszałam skrzypnięcie drzwi, odwróciłam się i wrzasnęłam z przerażeniem. Mój ojcic żyje?! Jakim cudem?! Skoczyłam z krzesła.
-To jest jakaś paranoja! - stałam w kącie ze łzami w oczach, cała roztrzęsiona -a tego nie mogłeś mi już powiedzieć? -Jack jakby się lekko zdziwił. - Ty też myślałeś że on nie żyje?
-No w sumie to tak. Carolin? -mama nie spodziwała się wyraźnie go w tej chwili. Tata jakby się przeraził i kolejny zdziwiony że ja wiem! Normalnie oni przeginają! Nie wiedział co ma powiedzieć stał jak słup lodu. Nie ruszał się, moim zdaniem nawet nie oddychał.
-Naprawdę nie wiedziałeś? -stał zamyślony -Jack? Słuchasz mnie?
-Nie wiedziałem. Myślałem że zginął... Ale najwyraźniej żyje i stoi tu przed nami cały i zdrowy.
-Ma... Carolin to kolejne kłamstwo, tylko takie na które się wszyscy nabrali?
-Powiedziałaś im że ja nie zyję? -tata był wyraźnie zniesmaczony. Czyli on myślał że ja myślę że on żyje. Aha ciekawe, ciekawe i... Przerażające. Czemu mama nas wszystkich okłamała?
-Chciałam ją chronić nie myślałam że to się tak potoczy. Nie wiedziałam że się dowie, że będzie znowu z Jackiem.
-Ja tu jestem. Nie mów o mnie przy mnie w trzeciej osobie! -Jack jakby wyłączył się z rozmowy i myślał, ale o czym? No i przyszedł mi do głowy kolejny z moich wspaniałych, niezawodnych pomysłów. Zamknęłam oczy i spróbowałam się odezwać.
-Jack? Słyszysz mnie? -otworzyłam oczy poruszył się i z jakby radością na mnie spojrzał.
-Witaj moja piękna. Jak to zrobiłaś?
-A tak jakoś.
-Ah hymm dziwne to trochę.
-Ale że co?
-No ty jeszcze nigdy nie miałaś takich zdolności. W żadnym wcieleniu, a uwierz mi sporo ich było.
-No domyśliłam się - uśmiechnęłam się -długo jeszcze będą się kłucić?
-Nie wiem. Znam ich tyle lat ale jeszcze nie widziałem żeby się wyzywali a co dopiero kłucili. Oni nawet nigdy nie mieli przed sobą tajemnic.
-No to mnie nie pocieszyłeś.
-Przepraszam.
-To nie twoja wina. To ja powinnam ich chyba lepiej znać, ty w końcu tyle co ja z nimi nie przebywasz.
-Wiesz co, pierwszy raz jestem tak zaskoczony. Ogólnie tym co się dzieje w tym wcieleniu twoim. Jesteś dużo bardziej niezależna, mądra, no i nie wiem jak to wyszło ale pierwszy raz ci wyjawiłem całą prawdę. Fakt było to po tym jak odkryłaś swoje zdolności ale ja mogłem dalej to ukrywać. Nie wiem co się dzieje ale chyba jest dość fajnie. -uśmiechnęłam się i pokiwałam potakująco z przekonaniem głową. -spojrzał na kłucących się rodziców. -Spróbujemy z nimi pogadać?
-Niestety musimy.
-Caroline, Stefano? -obrócili się ku nam -pora żeby wszystko wyjaśnić, nie sądzicie? Nie tylko z powodu Emy ale i mojego. Ja też przestaję wiedzieć co tu jest grane. -mama usiadła na biurku.
-Stef trzeba chyba im wszystko wyjaśnić. -tata zmienił minę.
-Mi też jakbyś mogła. -atmosfera w pokoju stała się napięta i pełna wyczekiwania. Wszyscy spoglądali na nią. Napięcie stało się tak wielkie że mój żołądek się ścisnął i zabrakło mi powietrza w płucach. Zaczęłam się dusić, kaszleć i próbować nabrać powietrza, ale nie mogłam! Jakby ktoś mi zawiązał czymś szyję. Siedziałam na ostatnim krześle więc nikt nawet nie zwrócił na mnie. Wszyscy w skupieniu patrzyli na Carolin. Zamknęłam oczy.
-Jack ... pomóż! -otworzyłam oczy i coś mi tylko przed nimi śmignęło. Było tak szybkie że ledwo dostrzegalne. Chyba Jack. Ukląkł przy mnie nie wiedząc co się dzieje. -Nie mogę oddychać! -przerażenie malujące się na jego twarzy było dość straszne żebym zaczęła się bać.
-Cari Stef! -obejrzeli się za siebie -ona nie może oddychać! Coś ją blokuje! -blokuje? Ale że jak? Znowu nieznane mi fakty. Ktoś wybiegł za drzwi chyba miał długie włosy więc mama, a przynajmniej tak mi się wydawało. Po niespełna dziesięciu sekundach w biurze zrobiło się strasznie tłoczno. Przybiegli lekarze, jak się domyśliłam nie normalni tylko odmnieńcy. Stefano klęczał przy mnie sprawdzając non stop puls. Wrzaski, krzyki jeszcze mnie głowa rozbolała. No bomba!
-Otwórzcie te cholerne okno! -krzyknęłam tak głośno że wszyscy złapali się za głowy. Domyśliłam się że ciutkę przesadziłam ale nikomu nie przyszło do głowy że nie mogę oddychać bo nie ma tu powietrza. W końcu oni nie musieli. Niepotrzebne im przecież powietrze, a mi tak ja nadal jestem człowiekiem. -Ej a nikomu z was nie przyszło do głowy że człowiek musi oddychać a w tym biurze nie ma za dużo powietrza? -miny sterczących nade mną zrobiły się groźne, a oczy zaczęły zmieniać kolor. Domyśliłam się że ci lekarze to wampiry. Zdławiłam krzyk gdy jednemu z nich wysunęły się śnieżno białe długie kły. Och rany w co ja się wpakowałam?! Starałam się teraz wysłać zdanie bezpośrednio do Jacka - Jack?
-Słucham? -spytał groźnie wpatrzony w wampiry.
-Kochasz mnie? -mina jego twarzy złagodniała nieco.
-Oczywiście że tak co to za pytanie?
-Ufasz mi?
-Tak ale mogę wiedzieć o co chodzi?
-Pomóż mi usiąść na krześle. Tym obok okna najlepiej -posłuchał. Podniusł mnie z ziemi i posadził na obrotowym krześle. -Zamknij drzwi jak możesz. Proszę. -skinął niewidzialnie głową i zrobił to o co prosiłam.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Rozdział 10
Z niesamowitą prędkością spadałam , a raczej jakby zjeżdżałam z czegoś co wyglądało jak bardzo
przeogromna zjeżdżalnia. Spojrzałam w dół i uświadomiłam sobie że wcale nie spadałam ani zjeżdżałam ja po
prostu wisiałam w powietrzu. To było .. dziwne uczucie. Rozejrzałam się dookoła i ze zdziwieniem zobaczyłam
bar - kasyno. Wyjrzałam na zewnątrz trochę jakby przypominało miasto, ale nim nie było. Wyglądało jakby no
nie wiem.. hmm .. jakby ktoś je przewrócił do góry nogami. Nie było żadnych sklepów oprócz jednego
spożywczego. Wróciłam do środka bo nie zabardzo wiedziałam gdzie tak naprawdę jestem. Przeleciałam nad
głowami zdruzgotanych, zamyślonych mężczyzn i spostrzegłam Jacka czekającego na kogoś. Zza drzwi
wejściowych zobaczyłam wchodzącego mojego ojca! Podleciałam żeby go uściskać lecz moje ciało znowu
przeszło jak przez niego jak przez mgłę. Łzy napłynęły mi do oczu. Tak bardzo za nim tęskniłam, a teraz nie
mogłam go nawet dotknąć. Stefano - mój ojciec podszedł do Jacka i zaczęli rozmawiać. Wiem, że to nie ładnie
podsłuchiwać , ale właściwie cofnęłam się w czasie żeby dowiedzieć się czegokolwiek z bardzo oddalonej mojej
przeszłości. Doleciałam do baru gdzie przed chwilą powędrowali i usiadłam na stole pomiędzy nimi.
-Muszę ją zabić.
-Nie możesz, przecież jesteśmy przyjaciółmi, a to jest moja córka.
-Jak Rada Starszych się dowie wyśle mnie do piekła.
-Ty naprawdę musisz każde ich głupie polecenie wykonywać?
-Tak niestety.
-Wiesz że ja ją będę przed nimi i tobą chronić jak będziesz chciał ją zabić jak długo się tylko da.
-Wiem i to wcale nie jest mi na rękę.
-Ona jest taka młoda i ma być ich pomiotem!
-Cóż los cór upadłych taki właśnie jest i ja , a ni ty nic na to nie poradzimy.
-No pewno jak się tego bardzo zechce to on się zmieni. Przecież jest taki jeden drobniusienieczki sposób, aby
ona przeżyła -Jack zaczął się wściekać i nie dopuszczać do siebie jakiejś myśli, o której przynajmiej miałam
taką nadzieję że się dowiem.
-Nie ma mowy nie ożenię się z nią . Zapomnij!
-Tylko tak da się ją ocalić!
-A co mnie miałaby obchodzić twoja córka. To że jestem twoim przyjacielem nie zobowiązuje mnie do tego
abym, był z kimś kogo nie kocham, a nawet jakbym ją pokochał wyrocznia może mi ją zabrać, chociaż i tak
bym wiedział, że kiedyś umrze no chyba że moja siostra zechce podarować jej wieczność.
-Byłem u Diany.
-Po co do cholery?!
-Mówi że jakbyś Emy poślubił, naprawdę ją pokochał, zrobiła by wszystko abyś ty był szczęśliwy, a postąpiłaby
tak za to co ci zrobiła.
-By się narażała na wieczne potępienie? Wątpliwe.
-A jednak.
-Ee to się nie uda. Przecież nawet jak ja ją pokocham to ona może to odrzucić -ojciec spojrzał na niego z
niedowierzaniem. Wiedziałam doskonale o co tu chodzi. Jego urok osobisty nieskazitelnie szlachecki
charakter i olśniewający uśmiech... -A jak będzie jak poprzednim razem? Drugi raz tego nie zniosę.
-Wtedy to Diana ją zabiła, ale od tamtej pory ponad wszystko pragnie to naprawić. Polubiła ją. Wiesz
dobrze że zrobiła to bo myślała że ona chciała cię zabić, bo miała w ręku nóż sarawiecki który jej
pokazywałeś... ona ją zabiła bo myślała że Emy chce cię tym zabić, zabiła ją żeby cię ochronić.
-Nie wiem. To nie jest dobry pomysł. Wolę ją zabić i oszczędzić sobie wydatków i niepotrzebnych
uczuś wobec niej.
-Nie możesz mi tego zrobić!
-Owszem mogę. Wiem że się przyjaźnimy, ale nie jestem ci nic winien.
-Tak na to patrzysz?
-Dokładnie tak. -poczułam jak coś mnie wyrywa z tej wizji przeszłości, a za wszelką cenę chciałam tam
zostać. Otworzyłam oczy i zobaczyłam że leże na podłodze a na mnie Jack okrakiem trzymając mnie mocno
za ręce aż mi kostki zbielały. Byłam unicestwiona. Nie mogłam ni jak uciec. Szarpałam się, ale na marne.
Tylko czerpałam swoje cenne siły.
-Co ty tam zobaczyłaś? -spytał z wściekłością.
-A więc to tak!
-Co tak do cholery?!
-Jak masz zamiar mnie zabić zrób to teraz, nie oszczędzaj mnie. Śmiało nie będę stawiać oporu życie i
tak już dla mnie straciło sens, bo moja cała miłość została przelana na ciebie, a ty mnie nie kochasz! -leżał
na mnie i z przerażeniem słuchał moich słów. -No śmiało na co czekasz?! Po co ta maskarada?! Zabij mnie i
będzie po kłopocie! -łzy mi popłynęły po policzkach, a on obzunął się na ziemię. Miał mnie zabić, a po prostu
sobie leży. To jest naprawdę frustrujące! -Pomóc ci? Mogę przecież sama się zabić. Może byś coś chociaż do
cholery coś powiedział!
-Ale co?
-Ja wiem pożegnał się chociaż zanim się zabiję. No chyba że ty naprawdę nigdy nic do mnie nie czułeś! -
poniósł się momentalnie i staliśmy dwa metry od siebie. Ja z spływającami łzami po policzkach, a on ze
zdenerwowaniem, przerażeniem i wściekłością , ale też najbardziej nieskazitelną miłością. Jeszcze takiego
czegoś u niego nie widziałam. Czułam przepływającą cały mi strumieniami miłość. Była jak delikatne fale
morza oblewające stopy.
-Ja cię kocham!
-To czemu chciałeś mnie zabić, kto to jest rada starszych, wyrocznia, skąd znasz mojego ojca, czemu
miałabym być pomiotem tych starszych, a wreszcie dlaczego mówiłeś że nie masz rodziny jak ją masz?
Jak nie usłyszę do tych pytań odpowiedzi po prostu się zabiję!
-Opowiem ci może wszystko od początku -spojrzałam na niego marszcząc lekko brwi -tak będzie najłatwiej.
-Dobrze, słucham.
  • awatar victoria_1115: Ale wiesz z kolei on się stara być szczery tylko cały czas coś się dzieje no i coś nowego wychodzi...
  • awatar victoria_1115: hahaha ja też :P... no ale z kolei wiesz lepszy on niż Erick chyba, nie? :)
  • awatar Runnin' Wild: Ale rozdział oczywiście świetny ;D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
W szkole jeszcze tylko 4 dni ... Wytrzymam .. Chyba. Właśnie moje przyjaciółki komentują mój blog i mnie doprowadzają do białej gorączki.. ohh chciałabym zatrzymać czas..
 

 
Rozdział 9
Dojechałam do galerii. Weszłam do ogromnego budynku. Ruszyłam na pierwsze piętro. Było tam pełno ludzi.
Zauwarzyłam sklep jakiego szukałam. Rozglądałam się.
-Podać coś -zapytała czterdziestoletnia kasjerka. Uśmiechnęła się uroczo.
-Tak -pomyślałam chwilę -poproszę największego kurczaka -wskazałam ręką.
-Może byc ten ?
-O tak. Ten jest doskonały -puściłam oko do kobiety, zapłaciłam i wyszłam ze sklepu. Musiałam jeszcze znaleść
sklepik z ziołami. Zaczęłam obchodzić piętro, gdy nagle zobaczyłam Erika! Zrobiło mi się strasznie gorąco i słabo.
Tak strasznie się go boję ale wiem że jak spanikuję to nie będzie za dobrze. Musiał stać akurat przy tym cholernym
sklepie! Wiedziałam dlaczego. On po prostu czytał mi w myślach. Miałam juz plan. Pomyślałam najgłośniej jak
umiałam że idę na parking C w budynku obok. Skręcił na schody i poszedł jak przewidziałam. Weszłam do
zielarni i kupiłam potrzebne mi zioła. Bałam się wyjść. Bałam się że dopadnie mnie na parkingu i ... Nie chciałam
dopuścić do siebie tej myśli. Wyszłam z budynku bardzo ostrożnie rozglądając się dookoła. Nie widziałam nikogo
ale jak tylko pomyślałam że oni się tak szybko przemieszczają zrobiło mi sie strasznie słabo. Nikt mnie chyba nie
obserwował. Doszłam w końcu do samochodu, odpaliłam go i zamknęłam się od środka i nareszcie ruszyłam.
Szybko dojechałam do rezydencji i wparowałam na górę. Po cichu weszłam do pokoju i zobaczyłam że na
szczęście śpi. Pocałowałam go w czoło a on otworzył jedno oko i się uśmiechnął i wtedy odsunęłam się o metr.
Miałam przy sobie nóż na wszelki wypadek i włożyłam rękę do kieszeni żeby go wyjąć aby nie okazało się że
to nie on.
-Jakie napój poprosiłam jak tu przyjechaliśmy? -widziałam jak sie zastanawia i cofa myślami w przeszłość.
-Poprosiłaś o wino czerwone półsłodkie z lodem -skinęłam głową ale to było proste pytanie.
-Co się stało jak byliśmy na polanie za szkołą jak mnie przewiozłeś -roześmiał się. Znał odpowiedź na szczęście.
-To było dopiero szalone. No że tak powiem frr poleciałaś ...
-A tak dokładnie?
-No ja szybko zachamowałem bo zrobiło ci się nie dobrze, a ty przeleciałaś mi nad głową i wylądowałaś dziesięć
metrów dalej, ja się rozpłakałem bo myślałem że nie żyjesz -to mi w zupełności wystarczyło. Podeszłam do niego
i pocałowałam go jak tylko mocno umiałam.
-Idę zrobić obiad i posprzątać ten bałagan -uśmiechnął się.
-Pomogę posprzątać -wskazałam ręką na łóżko.
-Odpoczywaj. Prześpij się jeszcze. Jak będzie obiad to cię obudzę i coś ci przy nim opowiem.
-Okey -jego mina wierciła mi dziórę w brzuchu. Wyszłam z pokoju i zeszłam na dół. Położyłam zakupy na blat,
wzięłam wiadrko i mopa, nalałam wodę i zaniosłam do salonu. Wróciłam do kuchni. Odpakowałam ogromnego
kurczaka i opłukałam go w wodzie. Wyjęłam deskę do krojenia, dużą łyżkę i zioła. Kupiłam kolędrę, miętę,
majeranek, liście laurowe i parę innych. Otworzyłam lodówkę i wyjęłam majonez, ketchup, musztardę, jajka,
groszek i kukurydzę konserwową. Znalazłam pieprz, sól i papryczkę chili. Wzięłam miskę i wszystko wsypałam.
Miszanie zajęło mi aż trzydzieści minut! Nafaszerowałam kurczaka. Włączyłam piekarnik na sto osiemdziesiąt
stopni. Włożyłam kurczaka do naczynia żaroodpornego i zalałam go czerwonym winem półsłodkim. Kurczak
wylądował w piekarniku, a mnie czekało teraz sprzątanie krwi. Podniosłam obrazy i położyłam na szafce.
Musiałam je jakoś wyczyścić. Pomoczyłam mopa i zaczęłam ścierać zaschniętą już krew. Posuwałam się po
schodach aż do sypialni. Usłyszałam budzik który sugerował że kurczak jest gotowy. Zeszłam ze schodów.
Schowałam sprzed sprzątający i wyjęłam danie. Jadalnia była równie wspaniała co reszta domu. Był stolik
dla dwóch osób, ale też jeden ogromny. Połorzyłam obrus w kwiaty na ten dwuosobowy, rozstawiłam talerze,
sztućce i dwa piękne kieliszki. Postawiłam potrawę i wino takie jakiego urzyłam do kurczaka. Zastanawiałam
się czy on może tu mieć jakies damskie suknie wieczorowe. Postanowiłam to sprawdzic i okazało się że nie
na marne. Znalazłam całą szafę takich właśnie sukni. Założyłam suknię pod kolor zastawy, czyli piękny jasny
fiolet. Do tego srebrne kolczyki z diamentami. Upięłam wysoko włosy w francuskiego koka. Spojrzałam w lustro.
To po prostu niesamowite. Wygląm jak królowa! Muszę iść obódzić Jacka, bo obiad w końcu ostygnie. Wyszłam
z pokoju i ruszyłam w stronę przestronnej sypialni. Otworzyłam drzwi i przeszłam dalej. Spojrzałam przez
dziórkę od klucza. Spał. Uśmiechnęłam się na myśl jaki zaszokowany będzie gdy tylko mnie zobaczy. Ale
niestety i tak musiałam zadawać mu te głupie pytania. Niech się zastanowię... Wiem!
-Jack? -potrząsnął głową i otworzył oczy.
-Jezu! Ze mną chyba naprawdę źle skoro już widzę anioły na ziemi -roześmiałam się i wytknęłam język.
-Niee... ale i tak muszę cię sprawdzić -skrzywił się -jaki sen ci opowiedziałam, po którym byłeś że tak powiem
delikatnie zniesmaczony?
-Delikatnie zniesmaczony a to ciekawe, bo mi się wydawało, że byłem cholernie wściekły.
-Tak to drobne niedobowiedzenie -uśmiechnęłam się -ale odpowiedz.
-No że obudziłaś się na stercie liści i przebiegł obok ciebie facet, chciałaś go zatrzymać, ale twoja ręka przeszła
przez niego jak przez mgłę. Za tym pierwszym biegł drugi i go dogonił. Chwycił go i przyparł do drzewa. Zaczął
na niego wrzeszczeć, obrócił się twarzą do ciebie i zobaczyłaś mnie.
-To chyba ty... Ale jeszcze co szepnęłam mamie do ucha jak pierwszy raz byłeś u mnie w domu.
-Mamo nie waż się go przesłuchiwać bo więcej się do ciebie nie odezwę -uśmiechnęłam się i podeszłam
chwiejnym krokiem do łóżka, pochyliłam się i pocałowałam go.
-Ubież się i zejdź na dół. Kolacja czeka -pokiwał głową i wstał. Podszedłdo szafy i wyciągnął szykowny frak.
-Okey -puściłam oko- idę do jadalni. Pospiesz się.
-Spoko -znam ten uśmich. Wyszłam z pokoju i wyruszyłam do jadalni. Zapaliłam dwie świeczki, zasłoniłam
okna i przeszukałam płyty. Znalazłam romantyczny kawałek, włożyłam płytę do odtwarzacza i póściłam
cicho melodię i wtedy pojawił się Jack. Najprzystojniejszy chłopak jakiego mogłam sobie wyobrazić. Elegant
nie z tej ziemi. Myślałam że zemndleję. Podszedł do mnie, uchwycił delikatnie moją rękę i pocałował ją.
Następnie podszedł do stołu odchylił krzesło i wskazał głową na nie. Uśmiechnęłam się i usiadłam.
-Jaki ja jestem głodny!
-No bo ja wiem czego ci potrzeba -pokiwał głową potakująco.
-O tak -spojrzał na danie -zdecydowanie. Włożył sobie udko i wziął do ust jeden mały kęs. Zamknął oczy, a ja
zaczęłam panicznie spoglądać na niego. W żołądku zrobił mi się tak ciasny supeł, że złapałam się za brzuch.
On nagle otworzył oczy i poderwał sie z miejsca jak oparzony. Oczy mi wyszły na wierzch z przerażenia. -Co to
jest?! -do oczu napłynęły mi kilogramy łez.
-Kurczak w ziołach -powiedziałam ciężko. Spojrzał na mnie i w jego oczach zobaczyłam śmiech. On się śmiał
a ja się trzęsłam z przerażenia. To nie fair! Jak on tak może?
-To jest -uniósł oczy do nieba -niesamowite! -wydusił z siebie a ja odetchnęłam z ulgą, ale wkurzył mnie
myślałam, że coś mu jest a on sobie w taki głupi sposób emocje okazywał!
-Oszalałeś! -i dopiero zobaczył jak bardzo mnie wystraszył, ale gdy spostrzegł łzy w moich oczach podszedł do
mnie.
-Ej... Nie wiedziałem że cię przestraszę... Tylko że to jest dokładnie takie same danie, nawet identyczne
składniki, jakie robiłaś na każdej naszej pierwszej randce -znieruchomiałam. Jak to możliwe? Przecież ja
improwizowałam... Nie to nie może być prawda. Chyba że... Nie to nie jest możliwe! A może... Czyżby moja
podświadomość była taka sama w każdym wcieleniu? O Jezuu! To jest bardziej przerażające niż najgorszy horror!
-Ja.. Muszę się napić -zobaczyłam jego narastające przerażenie. Podał mi wino, które wypiłam jednym chałstem.
-Emy?! Co ci do cholery jest?!
-Nie nic tylko coś sobie strasznego uświadomiłam -przyjrzał się mi z zaciekawieniem, strachem i niepokojem.
-Co takiego sobie uświadomiłaś?
-Że... no bo ja... ja mam taką samą podświadomość -wyrzuciłam. Był zdziwiony, zaskoczony i... przerażony!
On był przerażony! Zamknęłam oczy i próbowałam sięgnąć do podświadomości. Przed moimi oczami zaczęły
w niesamowicie szybkim tępie przelatywać obrazy. Wycofałam się uchyliłam oko.
-Ja mogę się cofać w czasie!
-Ale.. to przecież niemożliwe -zastanawiał sie nad czymś.
-Zaniesiesz mnie do sypialni -uświadomiłam sobie że prawie wydałam mu rozkaz. Wziął mnie na ręce i
przemknął na piętro zanim otworzyłam oczy. Posadził mnie na łożu. -To co ci teraz powiem na pewno ci się nie
spodoba, ale wiesz jaka ja jestem uparta i że nie zrezygnuję -przytaknął -teraz spróbuję się cofnąć w czasie...
-To nie jest dobry pomysł ! -warknął i wrzasnął jednocześnie.
-Ja się i tak nie poddam i ty doskonale o tym wiesz. -miał bardzo dziwaczną minę. Taką jakiej jeszcze u niego
nie widziałam. On wyraźnie się czegoś obawiał. A to tylko mnie zachęciło.
-Nie możesz mi tego zrobić -to było szokujące, ale czego on się tak obawiał? -Możesz ... zostać w innym
wymiarze na zawsze i co wtedy?! Co ja bez ciebie zrobie?
-Już postanowione i zdania nie zmienię.
-Ale... posłuchaj chwilę... możesz tam zobaczyć rzeczy które zrujnują całe twoje i moje życie. - szczęka mi
opadła. Co on mógł w ogóle jeszcze przede mną ukrywać? Teraz zwątiłam w swoją pewność siebie. Nie
wiedziałam czy chcę tego , ale musze to zrobić nie chcę z związku żadnych tajemnic i miałam zamiar mu to
powiedzieć.
-Ja nie chcę żadnych tajemnic. - był bardzo zdenerwowany, naprawdę się obawiał co ja mogę tam zobaczyć.
Jego mina momentalnie zmieniła się w zamyśloną, ale ja nadal nie wiedziałam o co mu chodzi. Spoglądał na
mnie tajemniczym wzrokiem. -Yyy nie wiem o co chodzi , ale w tej chwili położe się na łóżku i z twoją zgodą czy
bez cofnę się w czasie. - położyłam się na delikatnej pościeli odprężyłam się, lekko przymknęłam oczy.
 

 
Rozdział 8
Dojechaliśmy do strzerzonych domów jednorodzinnych. Pani Ellie otworzyła bramę i wpóściła nas na teren przepięknych
domów. Jego był najbardziej niesamowity. Wysoki na jakieś dwadzieścia metrów. Jasno fioletowy z brązowym dachem.
Zielony trawnik z różami w kolorach niebieskim, czerwonym i białym, pnącymi się po murach domu. Otworzył drzwi
i kompletnie mnie zatkało. Ten dom był cudowny -je cię kręcę -jęknęłam, a on się szeroko uśmiechnął. Wszedł do
kuchni która była dwa albo trzy większa od mojego pokoju. Miał tu wszystko. Garnki ułożone od najmniejszego do
największego. Było ich przynajmniej trzydzieści. Której rzeczy nie zobaczyłam oczy miałam jak spodki. Bardzo przeraził
mnie zestaw noży. Ich było z pięćdziesiąt. Ściany w kolorze złotych łanów zborza, a do tego jasno żółte szafki -łał -znowu
się roześmiał.
-Chcesz się czegoś napić?
-A co masz -przechadzałam się po ogromnym pomieszczeniu.
-Napoje do wyboru do koloru, woda -zmarszczyłam brwi.
-A coś mocniejszego -pomyślał chwilę.
-Piwo. Wino białe, czerwone, a każde wydrawne, półwytrawne, półsłodkie i słodkie. Szampan i jeszcze wódki. Co
wybierasz?
-Yyy może wino czerwone półsłodkie z lodem.
-Okey. Nie ma problemu -podał mi kieliszek który był posrebrzany! Boże ile on ma kasy -zjesz coś -nie mogłam uwierzyć.
-A co byś zrobił?
-Tajemnica kotku -uśmiechnęłam się do niego szeroko. Pokiwałam głową. Przechadzałam się po kuchni i rozmyślałam.
Podeszłam do stołka barowego i usiadłam. Przyglądałam się jego płynnym ruchom. Idealnie posiekał piersi z kurczaka.
Widziałam jak sięga pomidory i robi z nich sos. Wytrzeszczyłam oczy, a on się roześmiał -no co? -uniosłam wysoko brwi.
-No no już masz parę dobrych cech i te wcześniejsze się zaczynają kasować.
-Mogłabyś mi wymienić i te poprzednie i teraźniejsze cechy -zastanowiłam się chwilę.
-Przecież bez problemu możesz grzebać mi w myślach -widziałam jak jego twarz twardnieje i zaczyna się robić wściekły.
-Ja nigdy bym tego nie zrobił bez twojej zgody -zmarszczyłam brwi i się chyba tak jakby uspokoiłam.
-To chyba dobra wiedomość -pokiwał głową i pomachał ręką co chyba oznaczało że mam jeszcze odpowiedzieć na to
wcześniejsze pytanie -no tam było że chamski no hmm to się kasuje -uśmiechnął się - zadumany w sobie to już wogóle
odpada -uśmiech na jego twarzy stał się wyraźniejszy -wkurzający na razie zamienia się na niesamowity -pokiwał głową
-a zamknięty w sobie to chyba jeszcze zostaje -pokiwał głową ze zgodą.
-Masz rację z tym ostatnim. Mam jeszcze parę tajemnic.
-A poznam je kiedyś -spytałam drżącym głosem i niezwykłą jak na mnie nieśmiałością. To że on wogóle ma jeszce
tajemnice przerażało mnie totalnie. Ale chyba największą tajemnicę mi już wyjawił, w każdym razie tak mi się wydaje.
-Wydaje mi się że tak. -Spojrzałam na potrawę która była juz prawie przygotowana. Wystarczyło ugotować makaron i
spagetti gotowe. Wstałam i zaczęłam przeszukiwać szafki. Przyglądał mi się z zaciekawieniem.
-Czegoś szukasz?
-Talerzy przecież nie będziemy jeść z garnka i w dodatku palcami -widziałam jak liczy szafki i trochę mnie to
rozbawiło.
-Chyba szósta górna szafka od okna i to będą talerze, a sztućce -znowu liczył tym razem szuflady -czwarta kolumna
trzecia szuflada od dołu -podeszłam do szafek i przypominałam sobie współrzedne ich położenia wyciągnęłam piękne
typowo chińskie talerze i położyłam je ostrożnie na stole bo znając mnie najcudowniejszą rzecz potrafiłabym stłuc
lub popsuć. Odliczyłam szuflady i otworzyłam ją lecz nie było w niej noży ani widelcy tylko pistolety .
Odskoczyłam z przerażeniem i wybiegłam na zewnątrz. Usłyszałam za sobą huk drzwi. Wybiegłam z posesji i
ruszyłam chodnikiem. Dogonił mnie i obrócił błyskawicznie i na widok mych łez zamarł.
-Póść mnie -warknęłam. Ale wiedziałam że to nic mi nie da bo on nie odpuści. Tymczasem jego mina była dużo bardziej
przerażająca niż cookolwiek co do tej pory widziałam. Zaczęłam się trząść ale nie wiem z jakiego powodu. Dobiero po chwili
zorientowałam się, że zaczął padać deszcz, a ja byłam na krótki rękaw i w samych skarpetkach. Tylko jeansy dawały mi
jakiekolwiek ciepło. Wpatrywał się we mnie ze złością, smutkiem i chyba przerażeniem. Wziął mnie na ręce i zanim
zdążyłam jakkolwiek zaprotestować byłam z powrotem w domu. Zatrzasnął drzwi i zamknął je na klucz. Cofnęłam się
o dwa metry lecz gdy pokonywałam trzeci zatrzymała mnie ściana. Podszedł do mnie. Zamknęłam oczy i poczułam
spływające mi po policzkach łzy. Otarł je wierzchem dłoni. Zadrżałam na dotyk jego gorących palców. Oddech miałam
ciężki.
-Boisz się -zapytał a ja myślałam że się przesłyszałam.
-A jak myślisz -powiedziałam drżącym głosem. Ruszył w stronę kuchni i podszedł do szuflady. Wyjął broń i wrócił do
mnie. Nogi się pode mną ugieły. Wycelował we mnie bronią. Ogłuszył mnie strzał broni, ale nic nie poczułam. Wiedziałam
już że się wygłupiłam. Oczy miałam mocno zaciśnięte, rozluźniłam się trochę i uchyliłam jedno oko. Stał z bronią w ręce.
W żołądku zrobił mi się ciasny supeł. Spojrzałam na niego ze złością. Roześmiał się na widok mojej miny.
-To tylko straszak -zmarszczyłam brwi -nie bój się -spojrzałam z nieudawaną irytacją. Wiedziałam, że mogę mu ufać,
a jednak zwątpiłam w to że nigdy mnie nie skrzywdzi.
-Broni nie trzyma się w kuchni - mina jaka wyrosła na jego twarzy była dziwna. Jeszcze nigdy nie widziałam u niego
takiego wyrazu twarzy. To było czyste przerażenie! -Co się stało?! -wpatrywał się w okno. Nagle obrócił wzrok na drzwi,
następnie na mnie. Serce mi zamarło. Wiedziałam że dzieje sie coś złego.
-Podejdź powoli do drzwi i zamknij wszystkie spósty i o nic nie pytaj -przeraziłam się strasznie, ale wstałam powoli
i zamknęłam wszystkie zamki. Skinął głową i pokazał mi palcem żebym ruszyła na górę. Słuchałam się go jakby był
moim rodzicem. Podeszłam do schodów i na palcach ruszyłam na piętro. Obejrzałam się za siebie. Ktoś zaczął wywarzać
drzwi od zewnątrz. Jedno łupnięcie za drugim. Nagle w drzwi się otworzyły. Byłam już na górze. Patrzyłam z przestrachem
w dół i zobaczyłam, ale zupełnie nie mogłam w to uwieżrzyć. To był mój ojciec! Przecież on nie żyje! Nie mogłam się
poruszyć. W głowie nagle usłyszałam głos Jacka.
Wytłumacze ci to później. Tylko błagam nie schodź na doł, nie wrzeszcz i staraj się nie poruszyć. Proszę cię bardzo!
Spróbowałam wysłać mu szarżę przekleństw i wykrzykników. Chyba mnie usłyszał bo wysłał mi ogromny wykrzyknik.
Poczułam się oszukana. Otrząsnęłam się z myśli i zobaczyłam przerażającą walkę na noże i pistolety. Ale te noże były
jakieś dziwne. Lśniące jasnoniebieskim płomieniem. Utkwiłam na chwile w nim wzrok. Mój oddech był ciężki.
Usłyszałam głos zupełnie taki jak mojego ojca.
-...powiedz mi gdzie ona jest!
-Nie ma takiej opcji!
-Powiedz bo jak nie to znajdę ją i zabije! -te słowa były dla mnie jak gwóźdź w serce. Tętno mi na tyle przyspieszyło że
mogłam usłyszeć tylko i wyłącznie dźwięk mojego serca. Jack musiał poczuć że dzieje się ze mną coś złego.
Wstań powoli i idź korytarzem w prawo. Na końcu bedą ciemnobrązowe drzwi. Wejdż tam. Ja postaram się
odwrócic jego uwagę. Na wykrzyknik rusz.
Czekałam zaledwie chwile gdy zobaczyłam Jacka przodem do mnie i to chyba było odwrócenie uwagi i nagły
wykrzyknik w mojej głowie. Ruszyłam w stronę pokoju. Weszłam do niebiańsko pięknej sypialni. Zamknęłam kuloodporne
drzwi. Ogromne brązowe łoże dużo wieksze od mojego pokoju i prześcieradło w tym samym kolorze. Sterta poduszek w
różnych odcieniach brązu. Ściany również w tym kolorze. Właściwie cały pokój nawet budzik był w jakimś odcieniu brązu.
Usiadłam na łóżku i pomyślałam chwilę. Ostatni raz dotknęłam jedwabistej delikatnej pościeli. Chyba po takiej walce
będę musiała mu zrobić jakieś opatrunki. Wstałam i otworzyłam drzwi od łazienki. Wcale mnie juz nie zdziwił jej wystrój.
Dokładnie taki sam jak pokój. Otworzyłam szafkę która była sama w sobie wielką apteczką. Tylko i wyłącznie opatrunki,
igły, szfy, preparaty do dezynfekacji ran itp. Chciałam juz wszystko wyjmować gdy uświadomiłam sobie że ta szafka ma
uchwyt i się zdejmuje. Podniosłam ciężar i przeniosłam go do sypialni. Zobaczyłam jeszcze jedne drzwi które moim
zdaniem nie mogły być od szafy, bo chyba nikt nie umieszcza na takich drzwiach znaku z napisem ''WSTĘP WZBRONIONY''.
Uchyliłam delikatnie drzwi. Żółty pokój na środku łóżko lekarskie i metalowe stoliki . Postanowiłam że apteczkę
przeniosę tam bo będzie mi łatwiej go opatrzyć. Uchyliłam jedną z białych szuflad. Rękawiczki i przyżądy lekarskie.
Zaczęłam wszystko wyjmować i układać w kolejności od największego do najmniejszego. Na drugi stolik wyjęłam
opatrunki. Głosy ucichły. Ta cisza była bardziej przerażająca niż ciągłe wrzaski i strzały broni. Podeszłąm do drzwi które
prowadziły na korytarz ale nie otworzyłam ich. Usłyszałam kogoś wchodzącego po schodach. Zamknęłam drzwi na klucz
i cofnęłam się o dwa metry.
-To ja Jack. Otwórz proszę -rozmyślałam nad pytaniem jakie mogłabym mu zadać.
-Co zrobiłam jak przesłałeś mi wiadomość -chwila ciszy.
-Skatowałaś mnie wykrzyknikami -to każdy mógł powiedzieć.
-A jak zareagowałam na to że ty jesteś aniołem.
-Upadłym... nawżeszczałaś na mnie a później się rozpłakałaś i na końcu wreszcie się uspokoiłaś -wypięłam język na
niego w myślach. A on przysłał mi serce. Otworzyłam drzwi i ujrzałam totalną masakrę. Twarz cała we krwi i podarty
t-shirt. Zaprowadziłam go do pokoju lekarskiego i kazałam położyć mu się na łóżku. Wzięłam nożyce i rozciełam mu
koszulę. Zobaczyłam cztery głębokie i dwie lekko nacięte rany. Wiedziałam że czeka mnie dużo pracy. Spojrzałam mu
w oczy i głęboko westchnęłam. Uśmiechnął się słabo.
-Tłumacz się -spojrzał z błaganiem - bo cię nie opatrzę - przewrócił oczami.
-Dobrze juz dobrze -przerwał na chwilę -tylko zrób coś z tym -wskazał na obrzydliwą ranę. Rana była naprawdę niezbyt
ładna, wręcz przerażająca. Nawlekłam najcieńszą jaką znalazłam nić. Spojrzałam na niego.
-Masz może coś na ból ?
-Nie... zapomniałem kupić.
-Oj... to uprzedzam że będzie bolało.
-Wiem.
-Postaram się być delikatna. -Wzięłam gazę i oczyściłam cztery rany. Drżącą ręką dotknęłam jego skóry. Przeciągnęłam
igłę przez ranę. Jack syknął z bólu i ściągnął mięśnie. Zacisnęłam zęby, ale gdy tylko zobaczyłam jego uśmiech trochę
się rozluźniłam. Zaciągnęłam kolejną szfę na najgłębszej ranie. No i wkońcu ostatnią. Okazało się że trzy następne nie
są tak głębokie i nie musiałam ich zszywać. Zakleiłam je wszystkie plastrami i wzięłam się za twarz. Najpierw
zmoczyłam lekko wodą gąbkę i oczyściłam twarz. Polałam zadrapania preparatem do odkarzania ran. Zakleiłam
brew bo była mocno rozcięta, a resztę zostawiłam niezaklejoną. Z uśmiechem obejrzałam swoje dzieło. Przykryłam
go śnieżnobiałym prześcieradłem. -A teraz śpij -pokiwał głową i już zamykał oczy, gdy się odezwałam -jest tam
jeszcze na dole? -Uchylił oko.
-Nie ma. Uciekł i na razie nie wróci.
-A za nim zejdę, chcę tylko wiedzieć czy tam jest bardzo strasznie i przerażająco? -roześmiał się, ale zaraz potem
skrzywił się z bólu.
-Jakby ci to powiedzieć ...-zastanowił się chwilę - gorzej już być nie może -szczęka mi opadła.
-Okey. Idę na dół w razie coś wołaj -wyszłam z pokoju lekarskiego, ale zostawiłam otworzone drzwi. Zchodziłam po
schodach i moje przerażenie sięgnęło chyba granic. To nie był bałagan taki jak po imprezie to było coś duuużo
gorszego. Wszystkie obrazy leżały na podłodze a sama podłoga aż do sypialni była zalana krwią. Postanowiłam, że
najpierw zrobię wspaniałą kolację. Weszłam do kuchni w której wszystko na szczęście było po staremu. Najpierw
postanowiłam że otworzę wszystkie szafki. Odsunęłam się trzy metry od nich i starałam się zapamiętać co gdzie
jest. Pozamykałam drzwiczki. Wiedziałam już co zrobie ale najpierw musiałam iść do sklepu. Wzięłam spodnie
Jacka z zamiarem znalezienia kluczy od samochodu i portfela z kasą, bo mój obecnie świecił pustkami. Znalałam
obie rzeczy i wyszłam z domu. Wsiadłam do auta i ruszyłam rozglądając się za sklepem. Dojechałam do szlabanu
i wyjrzałam przez okno.
-Proszę pani -przez chwilę nikt się nie odzywał, lecz po chwili z portrjerni wyszła wysoka, chuda brunetka.
-Mów mi Ellie.
-A.. och jestem Emily.
-Co tam? - spytała z przyjaznym uśmiechem dziewczyna.
-Yyy wiesz może gdzie tu jest najbliższa galeria chandlowa? -dziewczyna pomyślała chwilę.
-No to na następnej ulicy. Jedziesz w prawo, za dwieście metrów skęcisz w lewo i zobaczysz ogromny plac, to
będzie parking i później przejdziesz dziesięć metrów i za blokiem będzie galeria -zanotowłam sobie
informacje na świstku.
-Dzięki. Dozobaczenia.
-Nie ma za co. Narazie. - Jadąc rozmyślałam ile może mieć lat dziewczyna. Stwierdziłam że gdzieś od około
18 do może 25 lat. Domyśliłam się że Jack nie jest w jej typie.
 

 
Rozdział 7
Obudziłam się w dziwnym miejscu. Wyczułam pod sobą trawę i liście. Przecież jest wiosna? Gdzie ja jestem? Co się
tu dzieje? Otworzyłam oczy rozejrzałam się dookoła. Byłam chyba w parku. Jakiś facet przebiegł obobk mnie.-Halo?
Proszę pana? Gdzie ja jestem -facet się nawet nie obrócił. Pobiegłam za nim. Dogoniłam go na szczęście-proszę pana?
-spróbowałam nim potrząsnąć, ale nie dałam rady go dotknąć bo moja ręka przeszła przez niego jak przez mgłę. Tak
bardzo się przeraziłam że upadłam na kolana. Nie mogłam uwieżyć własnym oczom. Jakim cudem? Wiem że to sen ale
jest wyjątkowo dziwny. Nie taki jak zawsze. Tamte były obserwowane przeze mnie, a ten jest jakby inny. Zauważyłam że
za kolesiem obok którego biegłam podążał zakapturzony człowiek. Chyba człowiek. Ruszyłam za nimi. Dobiegłam do
lasu. Faceci zaczęli się bić. W tej chwili mnie zatkało bo zobaczyłam twarze obydwóch facetów. Jednego nie znałam, ale
zakaptórzonym facetem był Jack. Nagle zaczęli rozmawiać, albo raczej wrzeszczeć.
-Gdzie ona jest?! -wrzasnął Jack. Tak wkurzonego jeszcze go nie widziałam. Drugi roześmiał się.
-Myślisz że ci powiem! Zawsze miałeś ją tylko dla siebie! Ja też ją kocham! -napluł Jackowi na twarz -wal się! Możesz
mnie zabić ale i tak nie dowiesz się gdzie ona jest -chwycił go za kark i przyszpilił do drzewa.
-Masz ostatnią szansę! Gdzie ona jest?! -potrząsnął nim.
-Mówiłem spadaj! Nigdy jej nie znajdziesz!
-Gdzie jest Elizabet?! -Elizabet mówił że zawsze byłam tylko ja.
-Gówno cię to obchodzi! Zostawiłeś ją! Bo co! Bo niby z tobą grozi jej niebezpieczeństwo!
-Tak, ale widzę że popełniłem głupstwo, że z nią nie zostałem! -zaczęłam płakać. Jak to mnie zostawił?! Jak mógł?!
Dla mojego bezpieczeństwa? Co że niby coś mi groziło? Dlaczego?! Wiedziałam że muszę z nim jutro poważnie
porozmawiać. Jack zaczął co raz bardziej naciskać tego faceta o drzewo. Ale chyba wiedziałam kim jest tajemniczy
koleś. Jack mówił mi że grozi mi niebezpieczeństwo ze strony jego byłego przyjaciela Erika. Jak to był on to musiałam
dobrze zapamiętać jego prawdziwą twarz, bo przecież mógłby mi się pokazać pod prawdziwą postacią. Wydawało mi
się że już go kiedyś widziałam i to chyba było w szkole. Tak! Przecież to nasz nowy psycholog szkolny do którego chodzę!
O kuuurde! W poniedziałek po południu mam z nim spotkanie! Co ja zrobie? Musze przede wszystkim powiedzieć
Jackowi o wszystkim szczególnie o naszym nowym psychologu.
-Powiedz mi!
-Nic nie wskurasz! Wiesz że i tak mnie nie przekonasz! Odwal się! -popuścił ucisk. W końcu postanowił go całkowicie
póścić. Widziałam w jego oczach łzy. To było dziwne widzieć dorosłego faceta, anioła jak płacze. Ukląkł i zaczął się
chyba modlić. Podeszłam żeby lepiej słyszeć. Lecz on się nie modlił tylko przepraszał i błagł żeby Erik mnie nie
skrzywdził.
-Myślisz że nic jej nie zrobię?! Jestem na nią wściekły! Jak mogła mnie zostawić dla takiego kogoś jak ty!
Obudziłam się nagle na dzwięk alarmu komórki. Spojrzałam na godzinę była dziewiąta. Przeciągnęłam się i wstałam.
Podeszłam do szafy żeby sprawdzić co mam ubrać. Wybrałam granatowe rurki i żółtą tunikę, czarne baletki i fioletową
bluzę. Zeszłam na dół i nawet się nie zdziwiłam że mama zostawiła mi karteczkę, że wyszła wcześniej do pracy bo ma
zaległości i wróci póżno tak około jedenastej. To był po prostu standard który bardzo mi pasował. Wyciągnęłam płatki
i mleko wzięłam miseczkę i łyżkę i zaczęłam jeść. Wzięłam pierwszy kęs i zaczęłam rozmyślać nad snem który miałam.
Skończyłam jeść i zerknęłam na zegarek. Była dziesiąta pięćdziesiąt pięć. Usłyszałam samochód na podjeździe.
Uśmiechnęłam się w duchu. Zadzwonił dzwonek drzwi, a ja ostatni raz maznęłam sobie tuszem rzęsy i założyłam
wiszące kolczyki w kształcie gwiazdek w złotym kolorze. Podeszłam do drzwi, odetchnęłam głęboko i otworzyłam drzwi.
Przywitał mnie bukiet granatowych róż. Były cudowne. Ale wiedziałam że i tak musze wypytać go bo inaczej nie przejdzie.
-Cześć skarbie.
-Hej. Co powiedziałam wczoraj jak powiedziałeś że nie przeżyjesz do dzisiaj? -jego mina sugerowała pełen szacunek, po
chwili się uśmiechnął bo chyba już zdążył przeanalizować całą tę historię.
-Powiedziałaś że już nie posmakuje słodyczy twego pocałunku -podszedł do mnie i pocałował mnie. Oddałam mu się
całkowicie. Po nie wiem jak długim czasie oderwał się ode mnie i uśmiechnął się szeroko, a ja od razu odwzajemniłam
jego ulubiony uśmiech.
-Dzięki za kwiaty są piękne.
-Nie ma za co. O której wraca twoja mama?
-Napisała że późno wieczorem czyli tak gdzieś o jedenastej -uniósł szeroko brwi i uśmiechnął się typowym uśmiechem
niegrzezcnego chłopca.
-Jedziemy? -pokiwałam głową i założyłam płaszcz, wzięłam klucze i zamknęłam drzwi. Stanęłam przed czarnym
kabrioletem. Uniosłam szeroko brwi ze zdziwienia.
-Łał -szepnęłam i podeszłam do auta -kurdeee skąd ty masz taki wóz! -tym razem wrzasnęłam. Ale przypomniałam
sobie że on żyje już parę tysięcy lat i mógł uzbierać tyle kasy na samochód.
-Podoba ci się -spojrzałam na niego jak na idiotę, a on się roześmiał.
-To pytanie jest najgłupsze jakie kiedykolwiek usłyszałam -otworzył mi drzwi, a ja usadowiłam się w wygodnym
siedzeniu ze skóry i zrelaksowałam się. Wsiadł i włączył mój ulubiony zespół -skąd wiedziałeś.
-No to była jedna z twoich myśli która uderzyła we mnie jakby piorunem -pogroziłam palcem.
-Niegrzeczny chłopczyk.
-Wiem -przypomniał mi się nagle mój sen. Ruszyliśmy z niesamowitą prędkością.
-Jack?
-Tak? -przemyślałam i spróbowałam sobie poukładać wszystkie fakty.
-Bo miałam wczoraj dziwny sen -zmarszczył brwi.
-O czym był?
-Raczej o kim. O tobie i o jak on tam ma... Eriku -ścisnął ręce na kierownicy. I skręcił w stronę lasu. Przełknęłam ciężko
ślinę. Zatrzymał się chyba w samym centrum mrocznego lasu i się cholernie przeraziłam. Wysiadł i otworzył mi drzwi.
Jego mina była jeszcze bardziej przerażająca od tego lasu. Zatrzasnął drzwi z hukiem aż podskoczyłam. Podszedł
do mnie patrząc mi się prosto w oczy.
-Co było w tym śnie -powiedział twardo. Rozpłakałam się i zobaczyłam w jego oczach tylko twardość. Podeszłam do
drzewa i wspięłam się na nie. Podążył za mną.
-Po co to wszystko jak możesz mim czytać w myślach?
-Bo po pierwsze obiecałem sobie że nigdy więcej nie będę ci w nich czytać, a po drugie skutecznie je blokujesz.
-Ja nic nie blokuje.
-No bo nawet o tym nie wiesz. Co było w tym śnie?
-Nie wiem od czego zacząć...
-No najlepiej od początku -roześmiałam się
-O to nie jest takie proste. Najpierw chcę wiedzieć czy była jakaś kobieta pomiędzy moimi wcieleniami?
-Nie -odparł podejrzanie. Przyglądał mi się tak wiercąco że poczułam jak w gardle rośnie mi wielka gula. Usiadłam na
grubej gałęzi i wzięłam głęboki oddech.
-Mógłbyś usiąść? Dekoncentrujesz mnie -skinął ledwo widzialnie głową i usiadł metr ode mnie. Zamknęłam oczy.
-W śnie obudziłam się na trawie w liściach. To była jesień. Nagle obok mnie przebiegł facet. Nie znałam go. Za nim
biegł drugi zakapturzony mężczyzna. Ten zakapturzony dorwał tego pierwszego i zakapturzony odwrócił się do mnie
twarzą i to byłeś ty. Zacząłeś na niego wrzeszczeć, bo chciałeś się dowiedzieć gdzie jest Elizabet, lecz on nie chciał ci
powiedzieć i w końcu się poddałeś i póściłeś go. Upadłeś na kolana, zacząłeś płakać i błagać żeby jej nie zabijał. Lecz
on powiedział ci że mnie nienawidzi i chyba sobie żartujesz że jej nic nie zrobi -potakiwał głową za każdym zdaniem.
Spojrzałam na niego i widziałam smutek. -Czy to wszystko się naprawde wydażyło? -szepnęłam
-Tak. Jakieś dwa stulecia temu.
-Kto to Elizabet -myślałam że nie uda mi się tego powiedzieć, ale jednak wyszło.
-To ty. Za każdym wcieleniem miałaś inne imię -odetchnęłam głęboko. -Raz byla to Elizabet raz Diana dalej Elena.
Dużo tego było.
-Acha -przypomniała mi się nagle jeszcze jedna przerażająca wiadomość -ja znam tego Erika -zerwał się na równe nogi.
-Niby że skąd -wrzasnął.
-Bo on jest nowym psychologiem w naszej szkole!
-Co!
-No tak. W poniedziałek mam u niego wizytę -jego wzrok przeszył mnie na wylot -co ja zrobię? -załkałam
-Coś wymyślimy w domu -podał mi rękę. Wstałam i przytuliłam się do niego. Jego oczy mówiły same za siebie. Był
wściekły smutny, przygnębiony i chyba mi współczuł. Zeszliśmy z drzewa, wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy. Cały
czas był niespokojny. Wzięłam go za rękę. Spojrzał się na mnie. On był przerażony!
-Jack co jest -zmarszczył brwi i westchnął -zjedź na pobocze -rozkazałam.
-Po co -spytał podejrzliwie.
-Jak ktoś rozmawia ze mną o ważnych sprawach lubię mieć kontakt wzrokowy -pokręcił głową i zjechał na bok.
Siedział bez ruchu jak wryty. Nie wiedziałam co mu jest. Bałam się o niego -co jest?! -wrzasnęłam
-Bo ja nie dam rady nic zrobić jak on cię porwie.
-Jak to?!
-On dotrzymuje tajemnicy do grobu. Jak cię porwie to nie zdradzi mi gdzie jesteś -zastanowiłam się chwilę. Westchnęłam
i podeszłam do niego. Położyłam mu rękę na ramię.
-Dasz radę. Ja też. Nie martwmy się na zapas.
-Masz rację. Jaki ze mnie facet powinienem cię wspierać, a ja co wypłakuję ci się w ramię.
-Przecież nie płaczesz -roześmialiśmy się i pocałowaliśmy się -jedziemy w końcu bo już nie mogę się doczekać?
-Tak oczywiście.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
sobota mmm ♥ tym bardziej że idę na zabawę z Patii ♥ ohh będzie zajebiście ♥

http://ulub.pl/YO6NfIGmyi/gusttavo-lima-balada-boa-tcherere-tche-tche