• Wpisów: 47
  • Średnio co: 49 dni
  • Ostatni wpis: 6 lat temu, 23:18
  • Licznik odwiedzin: 2 776 / 2389 dni
 
victoria1115
 
victoria_1115:  Rozdział 8
 Dojechaliśmy do strzerzonych domów jednorodzinnych. Pani Ellie otworzyła bramę i wpóściła nas na teren przepięknych
domów. Jego był najbardziej niesamowity. Wysoki na jakieś dwadzieścia metrów. Jasno fioletowy z brązowym dachem.
Zielony trawnik z różami w kolorach niebieskim, czerwonym i białym, pnącymi się po murach domu. Otworzył drzwi
i kompletnie mnie zatkało. Ten dom był cudowny -je cię kręcę -jęknęłam, a on się szeroko uśmiechnął. Wszedł do
kuchni która była dwa albo trzy większa od mojego pokoju. Miał tu wszystko. Garnki ułożone od najmniejszego do
największego. Było ich przynajmniej trzydzieści. Której rzeczy nie zobaczyłam oczy miałam jak spodki. Bardzo przeraził
mnie zestaw noży. Ich było z pięćdziesiąt. Ściany w kolorze złotych łanów zborza, a do tego jasno żółte szafki -łał -znowu
się roześmiał.
 -Chcesz się czegoś napić?
 -A co masz -przechadzałam się po ogromnym pomieszczeniu.
 -Napoje do wyboru do koloru, woda -zmarszczyłam brwi.
 -A coś mocniejszego -pomyślał chwilę.
 -Piwo. Wino białe, czerwone, a każde wydrawne, półwytrawne, półsłodkie i słodkie. Szampan i jeszcze wódki. Co
wybierasz?
 -Yyy może wino czerwone półsłodkie z lodem.
 -Okey. Nie ma problemu -podał mi kieliszek który był posrebrzany! Boże ile on ma kasy -zjesz coś -nie mogłam uwierzyć.
 -A co byś zrobił?
 -Tajemnica kotku -uśmiechnęłam się do niego szeroko. Pokiwałam głową. Przechadzałam się po kuchni i rozmyślałam.
Podeszłam do stołka barowego i usiadłam. Przyglądałam się jego płynnym ruchom. Idealnie posiekał piersi z kurczaka.
Widziałam jak sięga pomidory i robi z nich sos. Wytrzeszczyłam oczy, a on się roześmiał -no co? -uniosłam wysoko brwi.
 -No no już masz parę dobrych cech i te wcześniejsze się zaczynają kasować.
 -Mogłabyś mi wymienić i te poprzednie i teraźniejsze cechy -zastanowiłam się chwilę.
 -Przecież bez problemu możesz grzebać mi w myślach -widziałam jak jego twarz twardnieje i zaczyna się robić wściekły.
 -Ja nigdy bym tego nie zrobił bez twojej zgody -zmarszczyłam brwi i się chyba tak jakby uspokoiłam.
 -To chyba dobra wiedomość -pokiwał głową i pomachał ręką co chyba oznaczało że mam jeszcze odpowiedzieć na to
wcześniejsze pytanie -no tam było że chamski no hmm to się kasuje -uśmiechnął się - zadumany w sobie to już wogóle
odpada -uśmiech na jego twarzy stał się wyraźniejszy -wkurzający na razie zamienia się na niesamowity -pokiwał głową
-a zamknięty w sobie to chyba jeszcze zostaje -pokiwał głową ze zgodą.
 -Masz rację z tym ostatnim. Mam jeszcze parę tajemnic.
 -A poznam je kiedyś -spytałam drżącym głosem i niezwykłą jak na mnie nieśmiałością. To że on wogóle ma jeszce
tajemnice przerażało mnie totalnie. Ale chyba największą tajemnicę mi już wyjawił, w każdym razie tak mi się wydaje.
 -Wydaje mi się że tak. -Spojrzałam na potrawę która była juz prawie przygotowana. Wystarczyło ugotować makaron i
spagetti gotowe. Wstałam i zaczęłam przeszukiwać szafki. Przyglądał mi się z zaciekawieniem.
 -Czegoś szukasz?
 -Talerzy przecież nie będziemy jeść z garnka i w dodatku palcami -widziałam jak liczy szafki i trochę mnie to
rozbawiło.
 -Chyba szósta górna szafka od okna i to będą talerze, a sztućce -znowu liczył tym razem szuflady -czwarta kolumna
trzecia szuflada od dołu -podeszłam do szafek i przypominałam sobie współrzedne ich położenia wyciągnęłam piękne
typowo chińskie talerze i położyłam je ostrożnie na stole bo znając mnie najcudowniejszą rzecz potrafiłabym stłuc
lub popsuć. Odliczyłam szuflady i otworzyłam ją lecz nie było w niej noży ani widelcy tylko pistolety .
Odskoczyłam z przerażeniem i wybiegłam na zewnątrz. Usłyszałam za sobą huk drzwi. Wybiegłam z posesji i
ruszyłam chodnikiem. Dogonił mnie i obrócił błyskawicznie i na widok mych łez zamarł.
 -Póść mnie -warknęłam. Ale wiedziałam że to nic mi nie da bo on nie odpuści. Tymczasem jego mina była dużo bardziej
przerażająca niż cookolwiek co do tej pory widziałam. Zaczęłam się trząść ale nie wiem z jakiego powodu. Dobiero po chwili
zorientowałam się, że zaczął padać deszcz, a ja byłam na krótki rękaw i w samych skarpetkach. Tylko jeansy dawały mi
jakiekolwiek ciepło. Wpatrywał się we mnie ze złością, smutkiem i chyba przerażeniem. Wziął mnie na ręce i zanim
zdążyłam jakkolwiek zaprotestować byłam z powrotem w domu. Zatrzasnął drzwi i zamknął je na klucz. Cofnęłam się
o dwa metry lecz gdy pokonywałam trzeci zatrzymała mnie ściana. Podszedł do mnie. Zamknęłam oczy i poczułam
spływające mi po policzkach łzy. Otarł je wierzchem dłoni. Zadrżałam na dotyk jego gorących palców. Oddech miałam
ciężki.
 -Boisz się -zapytał a ja myślałam że się przesłyszałam.
 -A jak myślisz -powiedziałam drżącym głosem. Ruszył w stronę kuchni i podszedł do szuflady. Wyjął broń i wrócił do
mnie. Nogi się pode mną ugieły. Wycelował we mnie bronią. Ogłuszył mnie strzał broni, ale nic nie poczułam. Wiedziałam
już że się wygłupiłam. Oczy miałam mocno zaciśnięte, rozluźniłam się trochę i uchyliłam jedno oko. Stał z bronią w ręce.
W żołądku zrobił mi się ciasny supeł. Spojrzałam na niego ze złością. Roześmiał się na widok mojej miny.
 -To tylko straszak -zmarszczyłam brwi -nie bój się -spojrzałam z nieudawaną irytacją. Wiedziałam, że mogę mu ufać,
a jednak zwątpiłam w to że nigdy mnie nie skrzywdzi.
 -Broni nie trzyma się w kuchni - mina jaka wyrosła na jego twarzy była dziwna. Jeszcze nigdy nie widziałam u niego
takiego wyrazu twarzy. To było czyste przerażenie! -Co się stało?! -wpatrywał się w okno. Nagle obrócił wzrok na drzwi,
następnie na mnie. Serce mi zamarło. Wiedziałam że dzieje sie coś złego.
 -Podejdź powoli do drzwi i zamknij wszystkie spósty i o nic nie pytaj -przeraziłam się strasznie, ale wstałam powoli
i zamknęłam wszystkie zamki. Skinął głową i pokazał mi palcem żebym ruszyła na górę. Słuchałam się go jakby był
moim rodzicem. Podeszłam do schodów i na palcach ruszyłam na piętro. Obejrzałam się za siebie. Ktoś zaczął wywarzać
drzwi od zewnątrz. Jedno łupnięcie za drugim. Nagle w drzwi się otworzyły. Byłam już na górze. Patrzyłam z przestrachem
w dół i zobaczyłam, ale zupełnie nie mogłam w to uwieżrzyć. To był mój ojciec! Przecież on nie żyje! Nie mogłam się
poruszyć. W głowie nagle usłyszałam głos Jacka.
 Wytłumacze ci to później. Tylko błagam nie schodź na doł, nie wrzeszcz i staraj się nie poruszyć. Proszę cię bardzo!
Spróbowałam wysłać mu szarżę przekleństw i wykrzykników. Chyba mnie usłyszał bo wysłał mi ogromny wykrzyknik.
Poczułam się oszukana. Otrząsnęłam się z myśli i zobaczyłam przerażającą walkę na noże i pistolety. Ale te noże były
jakieś dziwne. Lśniące jasnoniebieskim płomieniem. Utkwiłam na chwile w nim wzrok. Mój oddech był ciężki.
Usłyszałam głos zupełnie taki jak mojego ojca.
 -...powiedz mi gdzie ona jest!
 -Nie ma takiej opcji!
 -Powiedz bo jak nie to znajdę ją i zabije! -te słowa były dla mnie jak gwóźdź w serce. Tętno mi na tyle przyspieszyło że
mogłam usłyszeć tylko i wyłącznie dźwięk mojego serca. Jack musiał poczuć że dzieje się ze mną coś złego.
 Wstań powoli i idź korytarzem w prawo. Na końcu bedą ciemnobrązowe drzwi. Wejdż tam. Ja postaram się
odwrócic jego uwagę. Na wykrzyknik rusz.
 Czekałam zaledwie chwile gdy zobaczyłam Jacka przodem do mnie i to chyba było odwrócenie uwagi i nagły
wykrzyknik w mojej głowie. Ruszyłam w stronę pokoju. Weszłam do niebiańsko pięknej sypialni. Zamknęłam kuloodporne
drzwi. Ogromne brązowe łoże dużo wieksze od mojego pokoju i prześcieradło w tym samym kolorze. Sterta poduszek w
różnych odcieniach brązu. Ściany również w tym kolorze. Właściwie cały pokój nawet budzik był w jakimś odcieniu brązu.
Usiadłam na łóżku i pomyślałam chwilę. Ostatni raz dotknęłam jedwabistej delikatnej pościeli. Chyba po takiej walce
będę musiała mu zrobić jakieś opatrunki. Wstałam i otworzyłam drzwi od łazienki. Wcale mnie juz nie zdziwił jej wystrój.
Dokładnie taki sam jak pokój. Otworzyłam szafkę która była sama w sobie wielką apteczką. Tylko i wyłącznie opatrunki,
igły, szfy, preparaty do dezynfekacji ran itp. Chciałam juz wszystko wyjmować gdy uświadomiłam sobie że ta szafka ma
uchwyt i się zdejmuje. Podniosłam ciężar i przeniosłam go do sypialni. Zobaczyłam jeszcze jedne drzwi które moim
zdaniem nie mogły być od szafy, bo chyba nikt nie umieszcza na takich drzwiach znaku z napisem ''WSTĘP WZBRONIONY''.
Uchyliłam delikatnie drzwi. Żółty pokój na środku łóżko lekarskie i metalowe stoliki . Postanowiłam że apteczkę
przeniosę tam bo będzie mi łatwiej go opatrzyć. Uchyliłam jedną z białych szuflad. Rękawiczki i przyżądy lekarskie.
Zaczęłam wszystko wyjmować i układać w kolejności od największego do najmniejszego. Na drugi stolik wyjęłam
opatrunki. Głosy ucichły. Ta cisza była bardziej przerażająca niż ciągłe wrzaski i strzały broni. Podeszłąm do drzwi które
prowadziły na korytarz ale nie otworzyłam ich. Usłyszałam kogoś wchodzącego po schodach. Zamknęłam drzwi na klucz
i cofnęłam się o dwa metry.
 -To ja Jack. Otwórz proszę -rozmyślałam nad pytaniem jakie mogłabym mu zadać.
 -Co zrobiłam jak przesłałeś mi wiadomość -chwila ciszy.
 -Skatowałaś mnie wykrzyknikami -to każdy mógł powiedzieć.
 -A jak zareagowałam na to że ty jesteś aniołem.
 -Upadłym... nawżeszczałaś na mnie a później się rozpłakałaś i na końcu wreszcie się uspokoiłaś -wypięłam język na
niego w myślach. A on przysłał mi serce. Otworzyłam drzwi i ujrzałam totalną masakrę. Twarz cała we krwi i podarty
t-shirt. Zaprowadziłam go do pokoju lekarskiego i kazałam położyć mu się na łóżku. Wzięłam nożyce i rozciełam mu
koszulę. Zobaczyłam cztery głębokie i dwie lekko nacięte rany. Wiedziałam że czeka mnie dużo pracy. Spojrzałam mu
w oczy i głęboko westchnęłam. Uśmiechnął się słabo.
 -Tłumacz się -spojrzał z błaganiem - bo cię nie opatrzę - przewrócił oczami.
 -Dobrze juz dobrze -przerwał na chwilę -tylko zrób coś z tym -wskazał na obrzydliwą ranę. Rana była naprawdę niezbyt
ładna, wręcz przerażająca. Nawlekłam najcieńszą jaką znalazłam nić. Spojrzałam na niego.
 -Masz może coś na ból ?
 -Nie... zapomniałem kupić.
 -Oj... to uprzedzam że będzie bolało.
 -Wiem.
 -Postaram się być delikatna. -Wzięłam gazę i oczyściłam cztery rany. Drżącą ręką dotknęłam jego skóry. Przeciągnęłam
igłę przez ranę. Jack syknął z bólu i ściągnął mięśnie. Zacisnęłam zęby, ale gdy tylko zobaczyłam jego uśmiech trochę
się rozluźniłam. Zaciągnęłam kolejną szfę na najgłębszej ranie. No i wkońcu ostatnią. Okazało się że trzy następne nie
są tak głębokie i nie musiałam ich zszywać. Zakleiłam je wszystkie plastrami i wzięłam się za twarz. Najpierw
zmoczyłam lekko wodą gąbkę i oczyściłam twarz. Polałam zadrapania preparatem do odkarzania ran. Zakleiłam
brew bo była mocno rozcięta, a resztę zostawiłam niezaklejoną. Z uśmiechem obejrzałam swoje dzieło. Przykryłam
go śnieżnobiałym prześcieradłem. -A teraz śpij -pokiwał głową i już zamykał oczy, gdy się odezwałam -jest tam
jeszcze na dole? -Uchylił oko.
 -Nie ma. Uciekł i na razie nie wróci.
 -A za nim zejdę, chcę tylko wiedzieć czy tam jest bardzo strasznie i przerażająco? -roześmiał się, ale zaraz potem
skrzywił się z bólu.
 -Jakby ci to powiedzieć ...-zastanowił się chwilę - gorzej już być nie może -szczęka mi opadła.
 -Okey. Idę na dół w razie coś wołaj -wyszłam z pokoju lekarskiego, ale zostawiłam otworzone drzwi. Zchodziłam po
schodach i moje przerażenie sięgnęło chyba granic. To nie był bałagan taki jak po imprezie  to było coś duuużo
gorszego. Wszystkie obrazy leżały na podłodze a sama podłoga aż do sypialni była zalana krwią. Postanowiłam, że
najpierw zrobię wspaniałą kolację. Weszłam do kuchni w której wszystko na szczęście było po staremu. Najpierw
postanowiłam że otworzę wszystkie szafki. Odsunęłam się trzy metry od nich i starałam się zapamiętać co gdzie
jest. Pozamykałam drzwiczki. Wiedziałam już co zrobie ale najpierw musiałam iść do sklepu. Wzięłam spodnie
Jacka z zamiarem znalezienia kluczy od samochodu i portfela z kasą, bo mój obecnie świecił pustkami. Znalałam
obie rzeczy i wyszłam z domu. Wsiadłam do auta i ruszyłam rozglądając się za sklepem. Dojechałam do szlabanu
i wyjrzałam przez okno.
 -Proszę pani -przez chwilę nikt się nie odzywał, lecz po chwili z portrjerni wyszła wysoka, chuda brunetka.
 -Mów mi Ellie.
 -A.. och jestem Emily.
 -Co tam? - spytała z przyjaznym uśmiechem dziewczyna.
 -Yyy wiesz może gdzie tu jest najbliższa galeria chandlowa? -dziewczyna pomyślała chwilę.
 -No to na następnej ulicy. Jedziesz w prawo, za dwieście metrów skęcisz w lewo i zobaczysz ogromny plac, to
będzie parking i później przejdziesz dziesięć metrów i za blokiem będzie galeria -zanotowłam sobie
informacje na świstku.
 -Dzięki. Dozobaczenia.
 -Nie ma za co. Narazie. - Jadąc rozmyślałam ile może mieć lat dziewczyna. Stwierdziłam że gdzieś od około
18 do może 25 lat. Domyśliłam się że Jack nie jest w jej typie.

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego