• Wpisów: 47
  • Średnio co: 47 dni
  • Ostatni wpis: 5 lat temu, 23:18
  • Licznik odwiedzin: 2 486 / 2277 dni
 
victoria1115
 
victoria_1115:  Rozdział 10
 Z niesamowitą prędkością spadałam , a raczej jakby zjeżdżałam z czegoś co wyglądało jak bardzo
przeogromna zjeżdżalnia. Spojrzałam w dół i uświadomiłam sobie że wcale nie spadałam ani zjeżdżałam ja po
prostu wisiałam w powietrzu. To było .. dziwne uczucie. Rozejrzałam się dookoła i ze zdziwieniem zobaczyłam
bar - kasyno. Wyjrzałam na zewnątrz trochę jakby przypominało miasto, ale nim nie było. Wyglądało jakby no
nie wiem.. hmm .. jakby ktoś je przewrócił do góry nogami. Nie było żadnych sklepów oprócz jednego
spożywczego. Wróciłam do środka bo nie zabardzo wiedziałam gdzie tak naprawdę jestem. Przeleciałam nad
głowami zdruzgotanych, zamyślonych mężczyzn i spostrzegłam Jacka czekającego na kogoś. Zza drzwi
wejściowych zobaczyłam wchodzącego mojego ojca! Podleciałam żeby go uściskać lecz moje ciało znowu
przeszło jak przez niego jak przez mgłę. Łzy napłynęły mi do oczu. Tak bardzo za nim tęskniłam, a teraz nie
mogłam go nawet dotknąć. Stefano - mój ojciec podszedł do Jacka i zaczęli rozmawiać. Wiem, że to nie ładnie
podsłuchiwać , ale właściwie cofnęłam się w czasie żeby dowiedzieć się czegokolwiek z bardzo oddalonej mojej
przeszłości. Doleciałam do baru gdzie przed chwilą powędrowali i usiadłam na stole pomiędzy nimi.
 -Muszę ją zabić.
 -Nie możesz, przecież jesteśmy przyjaciółmi, a to jest moja córka.
 -Jak Rada Starszych się dowie wyśle mnie do piekła.
 -Ty naprawdę musisz każde ich głupie polecenie wykonywać?
 -Tak niestety.
 -Wiesz że ja ją będę przed nimi i tobą chronić jak będziesz chciał ją zabić jak długo się tylko da.
 -Wiem i to wcale nie jest mi na rękę.
 -Ona jest taka młoda i ma być ich pomiotem!
 -Cóż los cór upadłych taki właśnie jest i ja , a ni ty nic na to nie poradzimy.
 -No pewno jak się tego bardzo zechce to on się zmieni. Przecież jest taki jeden drobniusienieczki sposób, aby
ona przeżyła -Jack zaczął się wściekać i nie dopuszczać do siebie jakiejś myśli, o której przynajmiej miałam
taką nadzieję że się dowiem.
 -Nie ma mowy nie ożenię się z nią . Zapomnij!
 -Tylko tak da się ją ocalić!
 -A co mnie miałaby obchodzić twoja córka. To że jestem twoim przyjacielem nie zobowiązuje mnie do tego
abym, był z kimś kogo nie kocham, a nawet jakbym ją pokochał wyrocznia może mi ją zabrać, chociaż i tak
bym wiedział, że kiedyś umrze no chyba że moja siostra zechce podarować jej wieczność.
 -Byłem u Diany.
 -Po co do cholery?!
 -Mówi że jakbyś Emy poślubił, naprawdę ją pokochał, zrobiła by wszystko abyś ty był szczęśliwy, a postąpiłaby
tak za to co ci zrobiła.
 -By się narażała na wieczne potępienie? Wątpliwe.
 -A jednak.
 -Ee to się nie uda. Przecież nawet jak ja ją pokocham to ona może to odrzucić -ojciec spojrzał na niego z
niedowierzaniem. Wiedziałam doskonale o co tu chodzi. Jego urok osobisty nieskazitelnie szlachecki
charakter i olśniewający uśmiech... -A jak będzie jak poprzednim razem? Drugi raz tego nie zniosę.
 -Wtedy to Diana ją zabiła, ale od tamtej pory ponad wszystko pragnie to naprawić. Polubiła ją. Wiesz
dobrze że zrobiła to bo myślała że ona chciała cię zabić, bo miała w ręku nóż sarawiecki który jej
pokazywałeś... ona ją zabiła bo myślała że Emy chce cię tym zabić, zabiła ją żeby cię ochronić.
 -Nie wiem. To nie jest dobry pomysł. Wolę ją zabić i oszczędzić sobie wydatków i niepotrzebnych
uczuś wobec niej.
 -Nie możesz mi tego zrobić!
 -Owszem mogę. Wiem że się przyjaźnimy, ale nie jestem ci nic winien.
 -Tak na to patrzysz?
 -Dokładnie tak. -poczułam jak coś mnie wyrywa z tej wizji przeszłości, a za wszelką cenę chciałam tam
zostać. Otworzyłam oczy i zobaczyłam że leże na podłodze a na mnie Jack okrakiem trzymając mnie mocno
za ręce aż mi kostki zbielały. Byłam unicestwiona. Nie mogłam ni jak uciec. Szarpałam się, ale na marne.
Tylko czerpałam swoje cenne siły.
 -Co ty tam zobaczyłaś? -spytał z wściekłością.
 -A więc to tak!
 -Co tak do cholery?!
 -Jak masz zamiar mnie zabić zrób to teraz, nie oszczędzaj mnie. Śmiało nie będę stawiać oporu życie i
tak już dla mnie straciło sens, bo moja cała miłość została przelana na ciebie, a ty mnie nie kochasz! -leżał
na mnie i z przerażeniem słuchał moich słów. -No śmiało na co czekasz?! Po co ta maskarada?! Zabij mnie i
będzie po kłopocie! -łzy mi popłynęły po policzkach, a on obzunął się na ziemię. Miał mnie zabić, a po prostu
sobie leży. To jest naprawdę frustrujące! -Pomóc ci? Mogę przecież sama się zabić. Może byś coś chociaż do
cholery coś powiedział!
 -Ale co?
 -Ja wiem pożegnał się chociaż zanim się zabiję. No chyba że ty naprawdę nigdy nic do mnie nie czułeś! -
poniósł się momentalnie i staliśmy dwa metry od siebie. Ja z spływającami łzami po policzkach, a on ze
zdenerwowaniem, przerażeniem i wściekłością , ale też najbardziej nieskazitelną miłością. Jeszcze takiego
czegoś u niego nie widziałam. Czułam przepływającą cały mi strumieniami miłość. Była jak delikatne fale
morza oblewające stopy.
 -Ja cię kocham!
 -To czemu chciałeś mnie zabić, kto to jest rada starszych, wyrocznia, skąd znasz mojego ojca, czemu
miałabym być pomiotem tych starszych, a wreszcie dlaczego mówiłeś że nie masz rodziny jak ją masz?
Jak nie usłyszę do tych pytań odpowiedzi po prostu się zabiję!
 -Opowiem ci może wszystko od początku -spojrzałam na niego marszcząc lekko brwi -tak będzie najłatwiej.
 -Dobrze, słucham.

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego