• Wpisów: 47
  • Średnio co: 43 dni
  • Ostatni wpis: 5 lat temu, 23:18
  • Licznik odwiedzin: 2 171 / 2067 dni
 
victoria1115
 
victoria_1115:  Rozdział 15
 -Ymm taa -roześmiałam się -ty draniu! -rzuciłam w niego poduszką i już się pokładaliśmy ze śmiechu. Ubrałam to co mi przyniusł, choć przyznam, że ma całkiem niezły gust. Wyszłam z toalety, stał już oczywiście ubrany na czarno. Skojarzył mi się od razu z Jamesem Bondem na co się w myśli roześmiałam. Ruszyliśmy na dół trzymając się za ręce. Wszyscy siedzieli w przeogromnej jadalni zajmując prawie wszystkie miejsca. Boże ilu mama ich tu ściągnęła? -Już jesteśmy -nie wiem po co to powiedziałam. Wszyscy momentalnie odwrócili się ku nam, a ja myślałam że się spalę ze wstydu.
     -Jack zrób coś bo ja zarazu tu ze wstydu spłonę. Proszę!
     -Dobrze już dobrze. Niech tylko coś wymyślę. -przymknął oko co miało znaczyć że się zastanawia.
 -Już jesteśmy. Emy jest na tyle mądrą dziewczyną że nie pozwoliła na nic więcej oprócz pocałunków.
     -Miałam się ze wstydu nie spalić i też nie zapaść się pod ziemię. Co oni sobie teraz pomyślą? -śmiał się! Kopnęłam go w kostkę w myślach, miałam szczerą nadzieję że choć odrobinę go zabolało.
      -Ała! Pomyślą że jesteś bardzo odpowiedzialna i dadzą nam więcej czasu do spędzenia razem.
      -Aaaa to przepraszam -zrobiłam oczka słodkiego kociaczka.
 -No tak na nic więcej. -po krótkim wyczekiwaniu z myślą że wrócą z powrotem do gadania, co nie nastąpiło wymyśliłam kolejne przemyślane i sprecyzowane zdanie -czy wie ktoś jak złapać tego patałacha Ericka -na co wszyscy zaczęli szmerać między sobą, co było celem tej wypowiedzi. Szczęśliwa że nikt już się na mnie nie gapi, zajęłam miejsce obok Ashley koło mnie usiadł Jack, koło Jacka Grace, naprzeciwko nas siedzieli mama, tata,Tay i Simon. Na początku rodzice nie robili nic poza przyglądaniu się mi i Jackowi co się zaczynało robić bardzo wkurzające, ale nic nie powiedziałam, bo Jack zacisnął mi rękę i zakazał ruchem głowy. Dopiero po jakiś pięciu minutach zaczęliśmy mówić.
 -Jest jeden jedyny możliwy sposób na złapanie Ericka -powiedział Simon, ale rodzice zaczęli kategorycznie zaprzeczać i wymachiwać ręcami. -Musisz z nim zostać sam na sam.
 -Nie mam mowy Sim -wrzasnęła mama, a tato ją poparł, lecz Jack się nie odezwał ani słowem. Jeszcze oni przecież nie wiedzieli wszystkiego zresztą ja też.
 -Ale wy jeszcze nie wszystko wiecie... -obrócili się ku mnie w mgnieniu oka i to niestety po raz kolejny wszyscy. Nie znoszę tego, ale muszę temu stawić czoła. Weszłam na krzesło i usiadłam na stole tak żeby wszystkich widzieć i żeby oni mnie widzieli. -No to tak, miałam sen. Obudziłam się na stercie liści. Obok mnie przebiegł facet, a za nim podąrzał drugi. Drugi przypchnął pierwszego do drzewa i wtedy zobaczyłam twarz drugiego, nim był Jack, pierwszego twarz również zobaczyłam, ale na początku nie mogłam jej skojarzyć, dopiero później przypomiałam sobie skąd ją znam. To nowy psycholog u nas w szkole.
 -Nie no za raz, chwila moment, Carolin ty ją do psychologa wysyłasz -zapytał Stefano.
 -No tak..
 -Na czym to ja skończyłam -przerwałam bo wiedziałam że zaczną się kłucić na dobre -.. A już wiem, no i z tym nowym psychologiem mam jutro spotkanie, więc tak czy inaczej muszę na nie iść żeby się nie domyślił, że ja wiem, że to on mnie dziś zaatakował.
 -Nie ma mowy! Nie pójdziesz na spotkanie z tym idiotą! -krzyknęła Ashley.
 -Emy dobrze myśli -powiedział Jack, troszkę zirytowało mnie to że czyta mi w myślach,ale przynajmniej włączył się do rozmowy -zaopatrzymy ją w sarawieckie noże, dziś trochę potrenuje, a jutro jak będzie tam szła otoczymy szkołę, ja ustanę razem z Ashley pod oknem tam gdzie będzie się to odbywało i jak będzie chciał ją zaatakować wskoczymy i zabijemy sukinkota. -spodobał mi się ten plan. Dodał nieco swoich szczegółów i stało się tak że wreszcie ten plan miał jakiś sens. Wszyscy uważali plan za w miarę sensowny obrócz moich rodziców, choć z miny taty mogłam odrobinę sugerować, że być może się zgodzi, gorzej z mamą jej mina wyrażała złość i ogromny protest.
 -Ale nie da się jej tak wytrenować, żeby chociaż jako tako umiała się bić -powiedział Simon, też niezbyt do końca przekonany do sugesti Jacka.
 -To już nawet nie chodzi o obronę! Nie będę narażać córki na takie niebezpieczeństwo! -wszyscy gapili się na Carolin. Byli oszołomieni jej wybuchem, frustracją jaką emantowała na jej twarzy.
 -Mamo ja chciałam ci przypomieć ile razy mnie okłamywałaś z tatą, a później jeszcze powiedziałaś że on nie żyje i teraz raczej jeśli chodzi o moje bezpieczeństwo to nie możesz mieć nic dopowiedzenia -obserwowałam ją. Wyczuwałam jej ból i strach. Spojrzałam na ojca, był wyraźnie zły na mamę, że mi powiedziała że on nie żyje, ale to nie moja wina. Zauwarzył że na niego patrzę i zgodził się ze mną i to chyba tylko dlatego, żeby zrobić mamie na złość, ale jego decyzja mi odpowiadała. Wszyscy nadal patrzyli na nią w wyczekiwaniu. -A chciałam powiedzieć jeszcze, że w szkole od trzech lat trenuję karate. -Jack spojrzał na mnie z lekkim zaskoczeniem i niemałym zdziwieniem. -No co obrona własna to podstawa -w jadalni podniusł się śmiech, ale mama jeszcze się nie odezwała. -Mamo i tak większość, albo właściwie wszyscy oprócz ciebie się zgodzili -z niechęcią pokiwała głową na znak, że się zgadza. Uśmiechnęłam się do niej, na co zaregowała uśmiechem i łzami w oczach.




przepraszam że wcześniej nie dodałam, ale jakoś byłam zajęta koszeniem trawy (:P) i próbami zapomnienia o pewnym kimś kto przesiaduje w mojej głowie od jakiegoś czasu...

Nie możesz dodać komentarza.