• Wpisów: 47
  • Średnio co: 48 dni
  • Ostatni wpis: 5 lat temu, 23:18
  • Licznik odwiedzin: 2 588 / 2310 dni
 
victoria1115
 
victoria_1115:       Rozdział 17
 -Odpręż się i zamknij oczy -łatwo mu mówić, ale posłuchałam, a raczej starałam się wykonać jego polecenie. -Dobrze teraz uspokuj oddech. Staraj się oddychać równo ze mną -no to było dosyć proste. -Otwórz oczy -trzymał w ręce kilkanaście zdjęć. Wyciągną zdjęcie z facetem z dziwnym wyrazem twarzy. -Jak myślisz co wyraża ta twarz? -przyjrzałam się dokładniej. Leciutko ściągnięte brwi, jakby oddalony gdzieś daleko wzrok.
 -Hmm zamyślenie? -uśmiechnął się co oznaczało dobrą odpowiedź. Wyjął kolejną kartkę. Uniesiona brew. -Niedowierzanie -pokiwał głową. Podając kolejne zdjęcie. Szeroko otwarte oczy, zaciśnięta szczęka. -Starch -przybił mi żółwika, roześmiałam się. Wskazał palcem na kolejną twarz. Ściągnięte brwi, uniesione ledwo widzialnie do góry, odrobinę rozchylone usta. -No to chyba będzie zdziwienie. -westchnął z uśmiechem na twarzy. Wysunął kolejny obrazek. Przymrużone oczy. -No jakby to powiedzieć podejrzewanie -roześmiał się, ale dobrze powiedziałam.
 -Dobra wystarczy tych głupich obrazków -rzucił stosik za siebie. Pocałował mnie mocno i wyjątkowo długo. -Koncentracja będzie u ciebie nieco trudniejsza -roześmiał się na co przesadnie zareagowałam waląc go z liścia w policzek. -Ejj lekcję walki masz dopiero za parę minut. -powiedział masując zaczerwieniony policzek. Położyłam się na łóżku i się rozpłakałam. -Co się dzieje piękna? -chciał mnie przytulić ale mu na to nie pozwoliłam, ale nie za bardzo wiedziałam dlaczego, przecież chciał mnie tylko pocieszyć, a ja go odepchnęłam.
 -Ja nie dam rady... Jestem zbyt słaba, zmęczona tym wszystkim, głowa mnie cholernie boli, z nerwów cię uderzyłam, nie wiem co się ze mną dzieje -zwyłam się, tak jak teraz, ostatnio po tej rzekomej śmierci taty. Byłam wykończona nerwowo. Uchyliłam załzawione oczy. Siedział cały czas obok z paczką chusteczek w ręce. Byłam mu strasznie wdzięczna za to, że tak się mną opiekuje, podtrzymuje na duchu, stara się mi zapewnić bezpieczeństwo... Kocham go, choć znam go tak naprawdę dopiero od trzech dni właściwie. Wyciągnęłam z pudełka jedną chusteczkę, wycierając delikatnie oczy, starając się przy tym nie rozmazać. Usiadłam. Miałam spuszczoną głowę i nawet wtedy wiedziałam i czułam, że na mnie spogląda. -Przepraszam, powinnam być dzielniejsza, nie powinnam płakać i robić ci przez to dodatkowych problemów. Nie powinnam... Przepraszam -złapałam się za włosy, opierając łokcie na kolanach. Co więcej mogłam mu powiedzieć? Nic.
 -Piękna to wcale nie jest twoja wina... Od tych trzech dni masz zdecydowanie za dużo na głowie. Powinnaś odpocząć, a my ci coraz więcej narzucamy -podniusł moją twarz za podbrudek, tak że zrównałam się z nim wzrokiem. -To nie jest twoja wina Emy -jedna z moich łez zsunęła się na jego dłoń. Obserwowałam ją. Sunęła w dół, wzdłuż kości nadgarstka. Nie mogłam znieść natłoku myśli. Był zbyt śliny, zbyt wyczerpujący.
 -Naucz mnie kontrolować własne myśli -poprosiłam szeptem, na co tylko skinął, jako na znak zgody. Chwycił mnie delikatnie dłońmi za ramiona i zaczął masować obolałe mięśnie. Niesamowite ruchy jego dłoni spowodowały, że się rozluziniłam. To było jak narkotyk, można się było uzależnić.
 -Zamknij oczy -bajka się skończyła. Szkoda. -Spróbuj wyobrazić sobie pokój. Ma grube dębowe drzwi, ściany dźwiękoszczelne, sufit jest biały, ściany na przemian czarne i białe, podłoga czarna, na jej środku stoi stolik, a na nim znajduje się skrzynka -to nie było takie proste ale się udało -jest ona złota, obok niej leży złoty klucz. Włóż klucz do zamka i przekręć. W środku nic nie ma. Tylko ścianki w kolorze czerwonym. Teraz wyobraź sobie że twoje myśli to kartki papieru.
 -Niezły stosik -roześmiał się, a ja w myślach widziałam około kilku tysięcy kartek.
 -Teraz posegreguj je na ważniejsze i mniej ważne -utworzyły mi się dwa stosiki prawie tej samej wielkości -na spód włóż te mniej ważne a na wierzch te najważniejsze -tak zrobiłam, choć nie było to proste. -Teraz zamknij skrzynkę. Wyjdź przez drzwi i otwórz oczy -nieco oślepiło mnie światło w pomieszczeniu, ale dopiero po chwili poczułam, że nie mam myśli, jakby je ktoś zabrał; ulżyło mi, głowa mnie juz prawie nie bolała. Uśmiechnęłam się na widok miny Jacka. Takiej dziwnej, wyczekującej? -Udało się? -zapytał z niepewnością, która mnie rozbawiła. Rzuciłam mu się na szyję i długo, namiętnie pocałowałam -To chyba znaczy tak -wyszczerzyłam się. -Nasza lekcja dobiega końca -powiedział z niechęcią spoglądając na zegarek. Posmutniałam. Nie chciałam go opuszczać ani na chwilę. Tyle razy już to powtarzałam, ale to szczera prawda. Tylko przy nim czuję się naprawdę bezpieczna.
 -Jaka teraz lekcja? -szczeże powiedziawszy to zabrzmiało zbyt optymistycznie. Ja przecież wcale nie lubię szkoły.
 -Walka, wiesz worek treningowy z Samuelem -pokiwałam głową. Wstał z łoża, ciągnąc mnie za sobą, za rękę. Doszliśmy do nieco wielkiego worka, obok tyłem do nas stał Samuel ze słuchawkami w uszach i co najważniejsze i najzabawniejsze fałszował i nierówno tańczył. Roześmialiśmy się oboje na ten widok. -Buu -wrzasnął Jack do jego ucha. Wybuchałam śmiechem widząc minę Sama. Taką przestraszoną i udawaną wkurzoną. -Dostarczyłem ci zawodnika do treningu. Nie zrób jej krzywdy, ok?
 -Jack ja się potrafię bronić uwierz mi -wtrąciłam się. Spojrzał na mnie nieco zdziwiony i niepewny. Musiałam mu udowodnić, że potrafię walczyć. To jest spore pomieszczenie chyba mi się uda. Zdjęłam bluzę, rozluźniłam dłonie i ruszyłam. Szybki rozbieg i gwiazdy. Po tym co zauwarzyłam zbliżałam się w stronę ściany zawróciłam podczas obrtu w locie. Kolejne gwiazdy po trzydziestu sekundach byłam blisko worka treningowego. Robiłam ostatni obrót z tak wielką szybkością, że mało nie zwymiotowałam, ale udało mi się utrzymać koncentrację. Wybiłam się w górę i zamachnęłam nogą na worek. Uderzyłam spadając widziałam jak gruby gwóźdź wypada z sufitu i ciężki wór lunduje na ziemi, rozprówając się od dołu. Wstałam. Miny chłopaków były nie do opisania. Od zachwytu po lęk. Popatrzyłam na nich zadowolona -teraz wierzysz? -zapytałam ironicznie unosząc lewą brew.
 -Taak -wydusił. Patrzył to na rozpróty worek to na mnie nie za bardzo wiedząc co ma powiedzieć.
 -To było niesamowite Emily -Sam przybił mi żółwika. Jednak Jack nie wyglądał za dobrze.
 -Jack powiedz coś -poprosiłam delikatnie. Otrzeźwił się w momencie.
 -Niezazdroszcze temu kolesiowi -wyraźnie mu współczół.
 -Chyba trening w takiej sytuacji nie będzie potrzebny -powiedział uśmiechnięty od ucha do ucha Sam -czas na jak to Bonnie nazwała? A tak już wiem 'szermierkę'. -Jack nadal spoglądając na worek wziął mnie za rękę i poprowadził.
 -Twoja mina jest nieco, bym powiedziała wystraszona -spojrzał na mnie.
 -Powalasz worek który waży z dwieście kilo i mi się dziwisz?
 -Ile? Chyba o sto piędziesiąt za dużo -to raczej zabrzmiało jak pytanie.
 -Dwieście kilo. Worek dostosowany do treningu takich jak my. Nie wiem jak to zrobiłaś. U normalnego człowieka to jest po prostu niemożliwe. By sobie przy tym przynajmniej obydwie nogi połamał, a ty nawet jednego draśnięcia nie masz -to co powiedział odbiło mi się echem w myślach. Wkurzyło mnie że uwarzał iż jestem nienormalna, chociaż już od całkiem niedawna sama się nad tym zastanawiałam.
 -To kim ja jestem -pytanie miało nie paść ale już niestety mi się wyrwało.
 -Nie jestem do końca pewny i na razie nie będę nic sugerować. Muszę to przemyśleć -ciekawe co? Chyba nie chcę wiedzieć. Doszliśmy do tulącej się pary: Bonnie i Logana. Odchrząknęłam znacząco. Poderwali się z miejsca. Bonnie z zaróżowionymi policzkami, Logan z resztkami szminki na twarzy. Podałam mu chusteczkę, próbując stłumić śmiech, ale Bonnie już i tak się śmiała.
 -Doprowadziłem uczennicę -powiedział mój kochaś z udawaną powagą. I prawdę mówiąc wcale mu to nie wychodziło.
 -Co tak szybko? Spodziwałam się was dopiero za czterdzieści pięć minut -spojrzała na Jacka z furią.
 -Ymm szybko się uczy -powiedzmy że to nie do końca prawda. Pocałował mnie w czoło i usiadł na krześle. Bon podała mi miecz.
 -Pierwsze to prawidłowa postawa i trzymanie miecza -ustawiła się za mną, biorąc moje ręce; wywijając nimi jak marionetką. Gdy ustawiła mnie w pozycji takiej jakie widzi się na filmach ustała naprzeciwko mnie -nadgarstek luźno. Musisz stopić się z rękojeścią, wyczuć ją. Stać się jej częścią. - to brzmiało jak jakaś tandeta z filmu, ale musiałam jej słuchać. Wzięła swój miecz w rękę i wymierzyła cios we mnie który z łatwością i precyzją odbiłam, tak że miecz wyleciał jej z ręki. Nieco zdziwiona podniosła miecz z ziemi, popatrzyła na chłopaków i na mnie i znowu na chłopaków i na mnie i na Jacka. Nie miałam pojęcia o co jej chodzi. -To był najtrudniejszy chwyt jaki istnieje -szczęka mi sama opadła, nie wiedziałam co powiedzieć, zrobić. Chłopacy też że tak powiem byli z lekka zdziwieni. Przełknęłam ślinę, która jak kamień opadła mi do żołądka, odbijając się głuchym echem. Uklękłam. Ze łzami w oczach wypowiedziałam słowo które przypłynęło niewiadomo skąd.
 -Formido dimicare! - wrzasnęłam, na te słowa, na ich siłę Jack dygnął. Spoglądali na mnie zdezoriętowani.
 -''Boję się walki'' -przetłumaczył Jack, bo ani ja ani Bonnie, ani Logan nie wiedzieliśmy co to znaczy.
 -Formido amittere! -słowa same mi się pchały do ust.
 -''Boję się przegrać'' -widział strach w moich oczach, widział determinację, czuł coś dziwnego, obawiał się czegoś co nastąpiło -czyli mam teraz pewność do tego co podejrzewałem...
 -Co podejrzewałeś? -zapytaliśmy wszyscy jednocześnie przerywając mu w pół zdania.
 -Nie wierzyłem jej.. Już prawie o tym zapomniałem...
 -O czym?! -wrzasnęłam
 -Pamiętasz tą wizję w której widziałaś mnie z twoim tatą i gadaliśmy o Dianie?
 -Tak.
 -To jak byłaś u mnie w domu co ona cię zabiła to po tym ona powiedziała mi coś co myślałem że się nie wydarzy. Powiedziała: 'Będzie przez Boga zabijana, ale gdy zechce stawić czoło złym, uczyni ją niebiańską wojowniczką z krwi i kości' , a teraz to się wszystko składa do kupy. Ty chcesz zabić Ericka i jego sprzymierzeńców, potrafisz świetnie walczyć, jak nigdy wcześniej. -to było jak grom z jasnego nieba. Ja wojowniczka? Niemożliwe, choć wszystko co się wydarzyło w ciągu ostatnich kilkunastu godzin w moim życiu wydaje się niemożliwe, a jednak się zdarzyło naprawdę.
 -Gdzie mieszka twoja siostra? -spytałam niepewnie.
 -W tym kraju w tym stanie w Nowym Jorku.
 -Jedziemy -rzuciłam zwięźle -powiem mamie, że musimy coś załatwić i żeby się nie martwiła zabierzemy ze sobą Samuela, jemu najbardziej ufam z tych wszystkich starszych. Ashley i Taylor też się przydadzą.

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego