• Wpisów: 47
  • Średnio co: 43 dni
  • Ostatni wpis: 5 lat temu, 23:18
  • Licznik odwiedzin: 2 171 / 2067 dni
 
victoria1115
 
victoria_1115:     Rozdział 18
 -To jest spory kawałek drogi.
 -Pożyczymy samochód z agencji, jeden z tych którym mama tu dotarła.
 -No dobra... -wyszliśmy z sali pozostawiając w niej zdziwioną parę. Przebiegliśmy przez mały korytarzyk ja pobiegłam do sali gdzie było nadal zgromadzenie (a Jack pobiegł po samochód) wpadłam nieco zbyt 'uroczyście' z wielkim hukiem. W momencie wszyscy ucichli, obserwując mnie, co nie dodawało mi otuchy.
 -Mamo jedziemy z Jackiem coś załatwić nie będzie nas przez trzy godziny.
     -Samuel mam do ciebie prośbę... Mógłbyś jecheć z nami to bardziej przekona rodziców.
     -Ale gdzie?
     -Do Nowego Jorku ... Do Diany.
     -Ahhaaa -to brzmiało nieco 'niepewnie' -no dobrze mogę jechać, kogoś jeszcze zabieracie?
     -Ashley i Taylora jak się oczywiście zgodzą.
     -Ok zapytam się ich a ty wdaj się w dyskusję z rodzicami -roześmiałam się z tego tonu.
 -Nie ma mowy! -wrzasnęli jednocześnie rodzice, Sam miał rację niestety.
 -Ja was nie będę słuchać jadę i koniec!
     -Zgodzili się bez wahania.
     -Dzięki.
     -Nie ma za co.
 -Jedzie ze mną Samuel, Ashley, Taylor i Jack, więc nic mi nie ma prawa się stać. Wyjaśnię wam wszystko jak sama będę cokolwiek z tego rozumiała a mogę się tego dowiedzieć tylko w tym wyjeździe -modliłam się w myślach żeby się zgodzili choć na to były nikłe szanse.
 -Córeczko ale jest już prawie trzecia w nocy- odezwała się obużona moim pomysłam nikt inny jak moja mamusia.
 -Dlatego właśnie Jack pobiegł po jeden z waszych samochodów -uśmiechnęłam się, żeby trochę ją uspokoić ale to w ogóle nie pomagało.
 -Ale nie rozumiesz że jest zbyt późno? -do akcji musiał wkroczyć tata
 -Ty też chyba na długo uciekłeś... Na rok, prawda? Mama mi powiedziała że nie żyjesz... Nawet nie wyobrażasz sobie co ja czułam przez ten długi okres czasu... Mamo a ten pomnik na który codziennie przychodziłam na cmentarz to zwykła ściema, tak? Spędzałam na nim co najmniej godzinę dziennie. Polerowałam go i czyściłam każdego dnia, nawet w twoje imieniny poszłam tam i ... I wy mi chcecie czegoś zabronić?! -uderzyłam się w pierś -wiesz tato co zrobiłam gdy dowiedziałam się o twojej niby śmierci?! Próbowałam podciąć sobie żyły -mina mamy była całkowicie zaskoczona -a co myślałaś?! Że wcale nie byłam załamana?! Otóż jak się dowiedziałam, myślę że powinnaś jeszcze pamiętać, wsiadłam na rower i pognałam, a wiesz gdzie? Do starej stodoły, chciałam popełnić samobójstwo bo myślałam że tata miał wypadek przeze mnie bo o ile sobie przypominasz dzień wcześniej pokłuciliście się o to że mam się nie zadawać jeszcze z chłopakami, tato wyjechał i tyle go widziałam. Byłam w tej stodole i myślałam co zrobić... Najpierw chciałam się powiesić, później postrzelić ale nie miałam broni i wtedy przypomniałam sobie że noszę zawsze ze sobą scyzoryk na wszelki wypadek. Wzięłam go wtedy do ręki i zaczęłam rozcinać sobie żyły, ale moje zdziwienie nastąpiło gdy prawie w ogóle nie krwawiłam, a cięłam ręce bardzo mocno... Gdy wróciłam powiedziałam że się wywróciłam na rowerze. -mama ze łzami w oczach przyglądała się moim rękom na których zostały blizny. -Blizny te nie tylko tu są ale i w moim sercu! Myślałaś że psycholog pomoże zapomieć więc mnie do niego zapisałaś... Ja tam nie chodziłam byłam u niego tylko około cztery razy, dawałam mu łapówki żeby mówił ci o niby postępach, a wiesz czemu to robiłam!? Bo nie chciałam żebyś się martwiła jeszcze o mnie! Nie chciałam żebyś rzuciła pracę bo jakaś rozwydrzona nastolatka ma ze sobą problemy! -miny obecnych w sali były jednoznaczne. Współczucie, zrozumienie, strach. Mama nie mogąc już koncentrować łez wysłała tatę po chusteczki. Ulżyło mi gdy to powiedziałam. Przeraziłam się widząc zdumiałego Jacka stojącego w drzwiach, przysłuchującego się moim słowom. -Tak nie jestem aż tak dzielna jak ci się wydawało! Przykro mi że cię wprowadziłam w błąd.
 -Nie musisz przepraszać. Każdy ma gorsze chwile. Ale to co powiedziałaś utwierdziło mnie jeszcze bardziej w tym jaka ty jesteś wytrwała i dzielna.
 -Ale że jak niby? Przecież powiedziałam że się cięłam... Chciałam umrzeć.
 -No tak, ale nie chciałaś Carolin nic mówić żeby się nie załamała... Byłaś wyjątkowo samodzielna i wytrwała... To przeogromny plus -Stefano przyglądał się mamie, mama przyglądała się mi, ja patrzyłam na Jacka, Jack na Stefano i utworzył nam się krąg.
 -Jack musimy już jechać... -dotknęłam jego ramienia, odwrócił się w moją stronę i pokiwał głową -nie będzie nas... -spojrzałam na ukochanego.
 -Przez trzy-cztery godziny -ruszyliśmy w stronę wyjścia, a ja czułam że wszyscy na mnie nadal patrzą. Samochód już stał na podjeździe. Czarny , z dwoma fioletowymi malunkami w kształcie wijących się węży.
 -Co to za samochód?
 -Bugatti 16.4 Veyron, wyprodukowano tylko kilkanaście modeli i wszystkie prócz jednego należą do nas.
 -A ten jeden to do Ericka jak dobrze rozumiem?
 -Tak dokładnie -odezwał się Tay, wyprzedzając Jacka, otwierając mi drzwi. No oczywiście mój przystojniaczek się wściekł i rzucił na niego z niespotykaną siłą. No i zaczęli się bić. Obserwowliśmy w trójkę, ja, Ashley i Simon, co oni wyprawiają. Zbierałam siły na wrzask.
 -Można zrobić tak żeby wrzasnąć w myślach ale tylko do ich dwójki? -spytałam Simona.
 -Tak, oczywiście. -uśmiechnęłam się złowrogo -wystarczy przekazać myśl do nich tak samo jakbyś się kontaktowała telepatycznie -pokiwałam głową.
     -Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! -wrzasnęłam najmocniej jak umiałam i najwyższym głosem jaki potrafiłam z siebie wydobyć.
  Odwrócili się błyskawicznie w moją stronę łapiąc się za głowy i wrzeszcząc z bólu.
 -Błagam przestań! -wrzasnął Taylor na którego przekazałam więcej krzyku niż na Jacka. Ucichłam. Potrząsnęli energicznie głowami.
 -Jeżeli jeszcze raz zobaczę że się bijecie o mnie i to wtedy jak będzie bardzo nam się wszystkim spieszyło, to was obydwóch chyba wykastruję, a to będzie gorsze niż śmierć, uwierzcie. -spoglądali na mnie oniemiali i to nie tylko ich dwójka, ale i Ash i Sim -możemy w końcu jechać? Może wam sen nie jest potrzebny ale mi tak, a nie spałam od siedemnastu godzin więc jak na mnie to troszkę dużo, poza tym to wiele się zdażyło tego dnia i wiele ma się jeszcze wydarzyć a jestem prawie całkiem wyczerpana. -Jack mnie jak zawsze rozumiał, wziął mnie za rękę i poprowadził do samochodu. Usiadłam w wygodnym fotelu i już prawie spałam. Wszyscy się usadowili i ruszyliśmy z niesamowitą prędkością widziałam jak wysyłają komunikaty, chyba do policji, żeby zjeżdziali nam z drogi i nas nie gonili.
 -Prześpij się troszkę -pokiwałam głową.
 -Obódź mnie jak będziemy jakieś trzydzieści kilometrów od jej domu bo mam pewien plan -potaknął na znak zgody, a ja już się pogrążyłam we śnie, lecz spokojny sen nie trwał długo. Po, przynajmniej tak mi się wydawało, dwóch minutach, usłyszałam w głowie głos Ericka:
   -Moja miła chodź ze mną... -wyciągnął dłoń na której, na palcu wskazującym był sygnet.
   -Spadaj, odczep się ode mnie -obudziłam się cała zdyszana i spocona, samochód zatrzymał się na poboczu i Jack wybiegł z samochodu, otwierając mi drzwi. Zaraz po nim z auta wybiegła pozostała dwójka. Odwróciłam Jacka plecami do mnie sprawdzając czy jest na nich znak i na szczęście był.
 -Co się stało?! -wrzasnął panicznie Jack. Złapałam powietrze w płuca, próbując uspokoić tętno i krew buzującą w żyłach.
 -Erik... On... Wszedł do mojej głowy -strasznie mi się kręciło w głowie i mina Jacka sprawiła że jeszcze bardziej się zastresowałam.
 -Simon musisz mi pomóc stworzyć w jej głowie blokadę na Erika i jego ludzi -przysłuchiwałam się i czekałam czy w ogóle mnie zapytają o zdanie, ale chyba się na to nie zanosiło. -Co on ci dokładnie powiedział?
 -Moja miła chodź ze mną, wyciągnął do mnie dłoń na której zauważyłam sygnet, niezbyt duży, srebrny, na takim dużym kółku napisane było coś po łacinie chyba ''vita aut mors''.
 -Życie albo śmierć... Hmm ciekawe skądś to znam...
 -A to nie były te sekty srebrnego pierścienia, które upadły po walce na wyspach ''Galapagos''?
 -Faktycznie, coś tam takiego było. Czyżby wznowił sektę?
 -On znowu coś knuje i to jest nieuniknione -westchnęłam.
 -A gdzie my jesteśmy?
 -Za dwie minuty bym cię budził -pogłaskał mnie po policzku -ale skoro stoimy wyjaw nam ten swój plan -podeszłam do Ash i zajrzałam jej ze koszulkę, na plecach na szczęście był znak, u Simona też, Tay roześmiał się gdy próbowałam wspiąć się na palcach żeby zobaczyć znak, schylił się i przekonałam się że żadne z nas to nie są jacyś głupi zdrajcy.
 -To właściwie nie jest żaden plan tylko jakby zabawa.
 -Acha...
 -No założę czapkę na głowę , zwiążę włosy, ubiorę czarne ciuchy i pójdę do niej. Powiem coś w stylu, że przysła mnie po ciebie mój pan, masz się stawić za dziesięć minut, gdzieś tam na przykład na jakimś placu a jak będzie zaprzeczała zdejmę kaptur, rozpuszczę włosy, myślę że mnie rozpozna i ruszy z miejsca ty będziesz stał w progu ona rzuci ci się na szyję a dalej to się zobaczy -roześmiali się.
 -Możemy ją nieźle wystraszyć -odezwała się Ashley. Była wyraźnie zachwycona moim planem tak jak zrasztą wszyscy pozostali.
 -Ta będzie ciekawie -wyszczerzył się Simon -nie mogę się doczekać -spojrzałam na Jacka który troszkę posmutniał.
 -Ja jej jeszcze nie do końca wybaczyłem -przygryzłam język próbując coś wymyślić.
 -To twoja siostra, kochasz ją na pewno. Ja teraz jak sam powiedziałeś jestem silniejsza i tak dalej więc nic mi się nie stanie.
 -Chyba masz racje -westchnął
 -Oczywiście że ma racje -wtrącił jeszcze nieco na mnie obużony Taylor.
 -Jedziemy wsiadam do tyłu z Ashley i Taylorem.
 -Co?! -spodziewałam się takiej reakcji aż za dobrze
 -Bo jak on do przodu usiądzie to się pozabijacie -wrzasnęłam z irytacją.
 -Dobrze myśli -pokiwał głową Simon który tez zauwarzył że jak tak dalej pójdzie to nie ma szans żebyśmy wszyscy wrócili do domu cali i zdrowi. Wsiadłam do samochodu obok siedziała Ash a dalej Tay uśmiechnięty i zadowolony że mu się nie oberwało.
 -A ty spróbuj choćby póścić do niej oczko to uwierz mi po tym jak to zrobisz umrzesz w czasie krótszym niż dwie sekundy -Tay wiedział że on nie żartuje i wcisnął się w fotel z obużeniem.
 -Ash zepnij mi jakoś z tyłu włosy żeby ich nie było widać spod czapki -zrobiła o co poprosiłam w dosyć szybkim tępie, mi to by zajęło przynajmniej trzy minuty a jej się to udało w dziesięć sekund.
 -By trzeba się jakoś mrocznie umalować -uśmiechnęłam się do niej bo wiedziałam że czyta mi właśnie w myślach. Wzięła swoją torebkę i wysypała na siedzenie stos kosmetyków. Wzięła do ręki czarną jak smoła kredkę i zaczęła malować dokładnie i z precyzją jedno oko następnie drugie i juz wzięła się za tusz, czułam jak cięszkie pod toną tuszu są moje rzęsy. Wzięłam lusterko i nie poznałam osoby którą w nim ujrzałam. Było to normalnie jakieś niewiarygodne, jak mozna zmienić człowieka od kilku maźnięć kosmetykami.
 -Łał, masz talent kobito -uśmiechnęła się.
 -Dzięki, nawet nieźle wyszło -roześmiałam się i zdecydowanie pokiwałam głową.
 -O tak -zauwarzyłam że samochód zwolnił i po chwili zatrzymał się jakieś cztery metry przed, dużym jasnozielonym domem, przynajmniej tak wyglądał w świetle słabo świeconej lampy przed domem. -To tutaj -spytałam Jacka.
 -Tak na pewno. Nigdy nie zapomnę tego miejsca -westchnęłam czułam ile bólu sprawia mu przebywanie tutaj. Wysiadłam z samochodu, założyłam czapkę z daszkiem i ruszyłam w stronę domu. Jack i reszta szli dwa metry za mną. Doszłam do drzwi frontowych i zapukałam.

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego