• Wpisów: 47
  • Średnio co: 45 dni
  • Ostatni wpis: 5 lat temu, 23:18
  • Licznik odwiedzin: 2 303 / 2162 dni
 
victoria1115
 
victoria_1115: Rozdział 19
Otworzyła mi piękna, wysoka, szczupła, czarno włosa, zielono oka kobieta. Weszłam do środka. Zaprowadziła mnie do kuchni. Usiadła przy stole dopijając herbatkę ziołową.
 -Czego chcesz -zapytała oziębłym tonem który był przeciwieństwem jej wyglądu.
 -Wzywa cię.
 -Kto?  
 -Mój pan.
 -Gdzie?
 -Na plac za dziesięć minut.
 -Po co mu ja?
 -Ma sprawę do ciebie.
 -Ale jaką ja się ciebie pytam.
 -Tajemniczą -odwróciłam się tyłem do niej zdjęłam czapkę rozpóściłam włosy i starłam makijaż, odwróciłam się z powrotem i jej mina gdy mnie ujrzała była pełna zdumienia, obawy i radości wybiegła z kuchni tak jak podejrzewałam i zdeżyła się z Jackiem w drzwiach wejściowych. Przygarnął ją ramionami. Było widać jak bardzo tęsknił za swoją siostrzyczką. Obydwoje zaczęli płakać i przepraszać się na wzajem za wszystko. To była bardzo wzruszająca scena, ale niestety musiała się zakończyć bo mieliśmy sporo do pogadania.
 -Jak ja za Tobą tęskniłam braciszku -chrząknęłam, odwrócila się w moją stronę i podeszła do mnie chwiejnym krokiem.
 -Jestem Emily Shendy, miło mi cię poznać -zdumiły ją moje słowa.
 -Miło ci mnie poznać? Yyy...
 -Wiem co zrobiłaś i nie trzymam do ciebie urazy bo i tak bym umarła i tak -otworzyła usta ze zdziwienia.
 -Ja jestem Diana Conor. To mi cię miło poznać. Niespodziewałam sie was tu jeszcze kiedykolwiek zastać.
 -Przekonałam Jacka poza tym to musisz nam pomóc -pokiwała głową i zaprowadziła nas do pokoju gościnnego przy którym było osiem krzeseł.  
 -Co was tu sprowadza?
 -Pamietasz naszą ostatnią rozmowę?
 -Tą parę stuleci temu? Nie za bardzo -oni naprawdę ze soba tak długo nie rozmawiali? To było aż niewiarygodne.
 -To może spróbuję ci ją przpomieć. Powiedziałaś wtedy 'Będzie przez Boga zabijana, ale gdy zechce stawić czoło złym, uczyni ją niebiańską wojowniczką z krwi i kości', pamiętasz?
 -No chyba i co z tego?
 -To chyba nadeszło -mina Diany zmieniła się momentalnie. Była tak zaskoczona że harbata której się przed chwilą napiła została wypluta na stół. Odskoczyliśmy z obrzydzeniem od stołu. Przeszłam na kanapę, obok zajęła miejsce Ash, z drugiej strony Jack reszta usiadła na krzesła odsuwając się jak najdalej od stołu. Gdy zobaczyłam że Diana spaliła niezłego buraka roześmiałam się.
 -Ale, że co? Jak? Skąd wiesz? -Jack popatrzył na mnie. Nasze spojrzenia spotkały się. Jego oczy mówiły same za siebie był szczęśliwy bo spotkał się z siostrą, ale i był pełen obaw tego co się dzieje i będzie dziać za zaledwie kilka godzin.
 -No to bedzie tak nadludzka siła, telepatia, cofanie się do przeszłości, świetne posługiwanie się nożami, mieczem itp, świetne bieganie, chyba to wszystko, Emily? -wyrwał mnie z zamyślenia. Wpatrywałam się w okno bo byłam pewna, że zobaczyłam tam kogoś.
 -Ktoś stoi za oknem -wydukałam zdanerwowana. Jack obrócił się błyskawicznie i podbiegł do okna. Wyraz twarzy jaki po tym nastąpił był mi aż za dobrze znany. Oznaczał kolejne kłopoty.
 -Diana gdzie masz broń?! -wrzasnął przeraźliwie głośno.
 -Tutaj pod podłogą -odpowiedziała tylko już nie tak aż głośno jak mój chłopak. Otworzyła schowek w którym było pełno najróżniejszej broni. Tay podał mi stos noży i dwa miecze które miałam rzekomo gdzieś sobie usadowić na przykład przy pasku od spodni, a sam wziął tej broni dwa razy więcej. Samuel wyciągnął pistolety, podał mi jeden i sobie schował za pas aż pięć do tego wziął około siedmiu noży i trzy miecze. Diana ubrała się w kamizelkę kuloodporną w której było pełno miejsca na wkładanie broni, widziałam że sięga jeszcze dwie, dla mnie i dla Ash. Schowałyśmy broń, a ja spojrzałam na Jacka który uzbroił się najbardziej z nas wszystkich.
 -Teraz najważniejsze pytanie które zadecyduje o wszystkim -pokiwałam głową. -Czy jesteś pewna że chcesz walczyć? Czy jesteś świadoma tego, że jak teraz zaczniesz później nie będzie odwrotu? Czy chcesz stanąć po stronie dobra? Czy jesteś gotowa poświęcić swoje dotychczasowe życie i wkroczyć w ten świat? -zdałam sobie sprawę z powagi sytuacji i tych pytań, więc jak dla mnie istniała tylko jedna odpowiedź.
 -Tak. Jestem gotowa. Chcę stanąć po stronie dobra -wszyscy odetchnęli z ulgą, powiem szczerze że nie wiedziałam że aż tak się bali, że zrezygnuję, albo wybiorę zło. Usłyszałam trzask, dopiero po chwili spostrzegłam, że ktoś wybił okno. Facet który to zrobił wyglądał jak jakiś mutant. Miał ludzką głowę, uszy nietoperza, dziób sępa, pazury szczura, resztę chyba już tylko z człowieka.
 -Ale o mutantach to już mi powiedzieć nie mogłeś, co?!
 -Nie wiedziałem że one w ogóle istnieją -przeraziło mnie to. Jak to nie wiedział? Co tu się do cholery dzieje? -To pewie kolejny głupi wymysł Ericka, chociaż w sumie to może i nie taki głupi. Mógł sobie stworzyć niezłą armię tego czegoś -no to mnie dopiero pocieszył. -Takie są realia i nic na to nie poradzę -najwyraźniej z nas wszystkich mutantowi to ja się właśnie spodobałam, bo zaatakował właśnie mnie. Wyciągnęłam dwa noże i szybkim ruchem pozbawiłam go ręki i przyrodzenia. Zawył z bólu i chyba zemdlał, gdyż rozłożył się plackiem na ziemi. Jack na ten widok pobladł jak ściana.
 -Przypomnij mi później żebym z tobą nie zadzierał, okey -potaknęłam w chwili gdy do pokoju wpadło siedem kolejnych mutantów z czego każdy składał się z innego zwierzęcia. Moje obrzydzenie na ten widok było tak wielkie, że niewiele brakowało, abym zwymiotowała. na mnie rzuciły się dwa chyba najohydniejsze z nich wszystkich. Tym razem postanowiłam posłużyć się mieczami i nawet nieźle mi to wychodziło. Jednemu wbiłam miecz w serce, drugiemu odcięłam głowę. Odór jaki po tym nastąpił był nie do zniesienia. Stęchlizna, szambo i wymiociny razem wzięte, tym razem nie wytrzymałam i zwymiotowałam wprost na zakrwawine, na kolor czerwono-zgniły, zwłoki. Do pomieszczenia wchodziło coraz więcej odrażających stworzeń, aż nie było wyjścia i trzeba było zacząć wspinać się po schodach. Tam zaatakowały mnie cztery stwory. Rozpędziłam się, odepchnęłam się nogami od ściany, wyleciałam w powietrze i zbiłam je z nóg jednym kopniakiem. Po czasie krótszym niż trzy sekundy powbiłam w dziwolągi noże i co się tylko dało. Kilka minut później pomieszczenia były już puste, no prawie nie wliczając nas i tych trupów, które tarasowały drogę w każdym możliwym miejscu.
 -Dopiero co kupiłam te dywany -wrzasnęła Diana na trupy których krew była no właściwie wszędzie, nawet na suficie. Odetchnęłam i dopiero zauważyłam że na ramieniu mam głębokie cięcie. Zapewne jeden z mutantów wbił mi swoje szpony w rękę.
 -Masz może apteczkę -zapytałam niepewnie. No oczywiście tylko to powiedziałam wszyscy skupili na mnie uwagą a Jack podbiegł do mnie.
 -Co ci jest -zapytał przyglądając mi się. Wskazałam na rękę z której ciurkiem leciała krew gdy tylko to zobaczył, w mgnieniu oka wniusł mnie na górę do bardzo podobnego, jak u niego w domu, pomieszczenia lekarskiego. Zdjął mi bluzkę i przykrył moje nagie ciało białą tkaniną. Rana była naprawdę głęboka. Zwilżył gąbkę wodą i delikatnie wycierał miejsce dookoła rozcięcia. W pokoju pojawiła się reszta i gdy zobaczyli moją rękę pobledli. Czy ona naprawdę aż tak strasznie wyglądała? Ashley i Diana podbiegły do mnie, gdy zaczęłam ksztusić się krwią.
 -Jack?! Ona umrze! -wrzasnęła roztrzęsiona Ash -musicie wziąć ślub i to natychmiast -spojrzałam wstrząśnięta na nią.
 -Uda mi się ją uratować i bez ślubu! Ona nie jest jeszcze gotowa na taki krok! Nie mogę tego zrobić bez jej zgody! Nawet jak się teraz zapytacie i odpowie że tak to nie znaczy że tego chce! Ona teraz może majaczyć! Na ślub zdecydowanie jeszcze za wcześnie!
 -Dobra spróbujemy, ale jeśli będzie już na granicy zrobimy szybki ślub -pokiwał głową. W mgnieniu oka na stoliku pojawiły sie przeróżne rzeczy skalpele, szwy i tak dalej. Diana podłączyła mi kroplówkę i aparaturę taką jakie są w szpitalu tylko, że było widać, iż to najnowsza technologia i jeszcze nie używany ani razu sprzęt. W kroplówce było chyba znieczulenie bo nie czułam bólu tak bardzo jak przed chwilą. Simon przygotowywał szwy, Tay majstrował przy sprzęcie, coś trzasnęło i zaczęło syczeć, dopiero po kilku sekundach zuważyłam że udało mu się uruchomić złośliwą aparaturę. Poczułam lekkie szczypanie gdy moja ręka została polana spirytusem. Kolejne zdania były wykonywane z nadzwyczajną precyzją. Szwy zakładane bardzo dokładnie. Doliczyłam się chyba osiemdziesięciu. Później założyli mi opatrunek i co niektórzy opuścili pokój z polecenia Jacka, a został tam on sam i jeszcze Diana.
 -Za godzinę powinno się zagoić -powiedziała z niezwykłą troską i współczuciem, siostra Jacka.
 -Tak powinno, ale czy tak będzie -myślał głośno wkurzony na cały świat, mój ukochany. -Jak się czujesz Emy -poruszyłam ramionami.
 -Lepiej niż dziesięć minut temu -uśmiechnął się.
 -No że tak powiem poznałyśmy się w nieco niestosownych warunkach -parsknęłam śmiechem. Przybrała bardzo śmieszny ton gdy to mówiła. I miała dosyć specyficzne poczucie humoru. Czułam, że i ona stanie się dla mnie dobrą przyjaciółką. Nieco starszą, ale to bez znaczenia.
 -Już cię kocham -roześmiała się bo chyba uznała to za żart na początku, po chwili się uspokoiła i przeraziła widząc że mówię prawdę. Tak naprawdę to nie wiem co ją tak zdziwiło ale to już tylko drobny szczegół. Jack patrzył cały czas na zabandażowaną rękę ze współczuciem.
 -Jack tak apropo to ja myślałam trzeźwo jak powiedzieli że powinnam za ciebie wyjść. I gdyby nie krew którą się ksztusiłam bym się zgodziła bez wachania -moje słowa wyrwały go z transu i tak nim wstrząsneły że aż musiał usiąść żeby nie upaść na ziemię. Był aż zbyt zaskoczony tym co powiedziałam. Niespodziewał się tego. Jego mina była dla mnie tak śmieszna że nie powstrzymałam się przed roześmianiem się. Diana też próbowała stłumić śmiech kaszlem ale i jej nie wychodziło. Gdy widziałam że Jack robi się czerwony jak burak śmiałam się na całego.
 -To mi wcale nie pomaga -oburzył się naszym zachowaniem.
 -Przepraszamy proszę pana -powiedziałyśmy jednocześnie i znowu się roześmiałyśmy.
 -Może byście się raczyły uspokoić. Niedługo stoczymy bitwę na śmierć i życie a wam jest do śmiechu? -te słowa... Ten ton tak mną poraziły że poczułam jak cała krew z twarzy mi odpływa. Jeszczy takich wręcz ostrych słów u niego nie słyszałam. Przerażał mnie. Machinalnie wstałam z łóżka i podeszłam do okna i otworzyłam je. Poczułam jak Jack wstaje i zbliża się do mnie. Zatrzymałam go ruchem ręki. Zatrzymał się. Stał za mną nie wiedząć co ma robić. Czułam że przeszywa go lęk przed tym co myślał że chcę zrobić, ale ja wcale nie chciałam skoczyć chciałam po oddychać świerzym powietrzem.
 -Diano?
 -Słucham.
 -Mogłabyć na chwile nas samych zostawić?
 -Tak oczywiście jak coś to mnie zawołaj. -otworzyła drzwi -Będę na dole -nabrałam powietrza i gdy słyszałm że Diana już zeszła zamknęłam oczy.
 -Musimy pogadać Jack -usiadłam na krześle które stało niedaleko okna. Odwróciłam wzrok tak aby nie zobaczył moich łez. Nie chciałam go martwić jeszcze bardziej.
 -Co się dzieje Emy? -zapytał niepewny własnego głosu. Co miałam mu powiedzieć? Że jestem wykończona? Że chcę żeby poświęcał mi więcej czasu? Że nie jestem w stanie tego udźwignąć?
 -Obiecaj że jak stoczymy tą bitwę uciekniemy stąd. przynajmniej na tydzień. Gdzieś na wyspę. Gdzieś gdzie będziemy mogli pobyć sami, odpocząć, zrelaksować się, choć na chwilę zapomieć o tym wszystkim co się dzieje dookoła.
 -Kochanie dla ciebie wszystko -powiedział to z takim uczuciem że już nie miałam ochoty kryć łez. Po prostu się rozbeczałam na maksa. Poczułam jak mnie przytula swoimi silnymi ramionami, kołysze, całuje w czoło. Miałam ochotę odpłynąć w jego ramionach.
 -Obiecaj mi jeszcze jedno -zmarszczył brwi -jak umrę podczas tej bitwy nie rozpaczaj, staraj się znaleźć szczęście. Znajdź kobietę która cię zaakceptuje takim jaki jesteś naprawdę. -poczułam jego łzy na swoim karku.
 -Ty nie umrzesz. Przyrzekam że nie umrzesz!
 -Ani ja ani ty tego nie wiemy. Wie to tylko Bóg. Więc obiecaj mi to. -słyszałam jak z trudem słucha tego co mówię.
 -Obiecuję -wydusił. Odwróciłam się do niego twarzą i spojrzałam mu w oczy. Widziałam w nich aż oślepiającą szczerość. Ucieszyło mnie to.
 -Chyba muszę się trochę ogarnąć i przebrać bo w tym raczej nie wrócę -miałam na sobie cienką, białą, bawełnianą chalkę i to wszystko. Podniusł się z miejsca i wyszedł z ponurego, białego pokoju, zostawiając mnie samą. Tysiące myśli przelatywało mi przez głowę wywierając przy tym niesamowicie ogormny ból. Odetchnęłam głęboko i wyobraziłam sobie grube dębowe drzwi i pokój ze ścianami dźwiękoszczelnymi, białym sufitem , ściany na przemian czarne i białe, podłoga czarna, na jej środku wyobraziłam sobie stolik. Na nim złotą skrzynkę i tego samego koloru kluczyk. Skupiłam się na zapisywaniu myśli na kartkach i dzieleniu ich od najmniej ważnych do najważniejszych. Kartek było o wiele więcej niż poprzednio a mała skrzyneczka stała się teraz dużą skrzynią wypchaną po brzegi moimi myślami. Spojrzałam w okno, było całkiem ciemno. Drzwi od pokoju skrzypnęły. Poczułam aromat perfum. Zapach bryzy morskiej i kory świerku. Z tego co się domyśliłam stali za mną Ashley i Simon.
 -Jak się czujesz mała?
 -Uwierz mi Simon bywało dużo lepiej- pokiwał głową. Przeniosłam wzrok na Ash. Trzymała w ręku czyste jeansy, t-shirt itd. Uśmiechała się.

Nie możesz dodać komentarza.