• Wpisów: 47
  • Średnio co: 43 dni
  • Ostatni wpis: 5 lat temu, 23:18
  • Licznik odwiedzin: 2 171 / 2067 dni
 
victoria1115
 
victoria_1115: Rozdział 20
-Czyli to tutaj ? –spojrzałam na szary budynek. Taki normalny, przeciętny. Ale w sumie to czego ja się spodziewałam? Willi z napisem ‘’wstęp tylko dla nadprzyrodzonych’’ , głupie. Wysiadłam z auta. Od wyjścia z domu Diany minęło zaledwie 10 minut. Weszliśmy całą grupką do hoteliku. Na nasz widok w mgnieniu oka pojawiły się obok nas straże.
-Aetas Caelum Advenio. –wyrecytowała Ashley pięknym, głębokim głosem.  Ludzie oddalili się.
-A co ty w sumie powiedziałaś – zapytałam szeptem.
-Czas nieba nastąpił. Takie można powiedzieć hasło –mrugnęła okiem. Przeszliśmy kilka schodów w górę dochodząc do sali numer 6. Był tam standardowy szpitalny wystrój.
-Musisz się przebrać –powiedział Jack.
-Ale po co? Ona chyba ma wiedzieć, że ze mną wszystko ok.
-No w sumie i tak jutro musisz iść do szkoły.
-Właśnie. Nie jutro tylko dziś. Za kilka godzin – spojrzał ze współczuciem.
-Dobra to poczekajmy na panienkę Lily, a jak zajmiemy czas zanim ona tu przyjedzie?
-Weź myśli poważnie. Ona zna mnie na tyle dobrze, że się domyśli, że coś się zmieniło w moim życiu. Ja… Nie chcę jej okłamywać –westchnął. Po chwili pokiwał głową. –Co?
-Powiedz jej.
-Ale przecież to tajemnica!
-No wiesz. Z tego co zauważyłem to ona jest oddaną przyjaciółką. Nie zdradziła żadnego twojego sekretu. W ogóle to wiesz, przydałby się ktoś zaufany jeszcze w szkole. Byłoby łatwiej Ci przez to przejść –usłyszałam warkot silnika.
-Przyjechała. Masz rację powiem jej wszystko, ale chcę żebyś mi pomógł.
-Dobra nie ma sprawy. Jak chcesz to weź jeszcze Ash, Samuela i..
-Taya?
-Tak –powiedział z przekąsem. Zeszliśmy na dół gdzie czekała rozszalała Lily. W momencie kiedy mnie zobaczyła ruszyła biegiem w moją stronę, rzucając mi się na szyję i zwalając z nóg.
-Kochana nic Ci nie jest? –pytała się co chwila. Troszkę to zaczynało się robić frustrujące, więc  mój chłopak odchrząknął lekko. Odwróciła się w jego stronę, wstając przy tym z gracją modelki i posyłając groźnie wyglądające spojrzenie.
-To ty! Przez Ciebie –podeszła do niego i walnęła mu z liścia w twarz. Zdławiłam krzyk. Pocierał dłonią czerwony ślad na policzku.
-Lily musimy pogadać. Nasza trójka i jeszcze kilka innych osób – zrobiła zdziwioną minę, ale poszła wraz ze mną i pozostałymi do pokoju. Przyglądała się każdemu nie widząc sensu w tym zbiegowisku.
-No więc. Jakby Ci to powiedzieć. Ja my nie jesteśmy normani.
-No wiesz jazda samochodem o 5 rano nie jest normalna.
-Źle to zabrzmiało. My nie jesteśmy ludźmi.
-A co może wampirami –zapytała kpiąco unosząc brew.. Ale po chwili jej mina się zmieniła widząc powagę na twarzach innych.
-Cóż.. Wampiry tu są dwa. –zeskoczyła z łóżka. Stając przodem do nas. Chciała mieć wszystkich na oku.
-Kompletnie zwariowałaś Emy! Zawsze byłaś pokręcona ale to już jest przesada!
-To nie jest żart Lily. Mówię poważnie.
-Zakładając, że Ci wierzę , choć wcale tak nie jest, to kto tu jest wampirem?
-A spróbuj zgadnąć.
-Ten szatyn mi wygląda na jakieś niegrzecznego –wybuchłam śmiechem, a Tay się lekko zaczerwienił. –No i jeszcze może twój chłopak co?
-Nie trafiłaś. Znasz Ashley? Chodzi z nami do klasy.
-No znam a co?
-To ona i Simon ten obok niegrzecznego chłopca. –spojrzała na nich podejrzliwie.
-Zawsze wydawałaś mi się jakaś inna –wskazała palcem na Ash, mało kulturalnie, ale cóż.
-No a nasz niewartus to zmiennokształtny –poklepałam go po głowie. Warknął więc się odsunęłam. –A Jack to upadły anioł –dokończyłam spoglądając na twarz przyjaciółki. Stała bezruchu. Odczytałam jej myśli wierzyła. Wierzyła mi całym sercem.
-A ty też kimś takim jesteś?
-Ja.. Trudno powiedzieć. Dziś się dowiedziałam, że umiem czytać w myślach, jestem telepatką, potrafię bardzo szybko biegać, rany goją mi się w przeciągu kilku sekund, a i umiem walczyć, czyli chodzi mi o wszystkiego rodzaju broń.
-Superbohater z Ciebie! –zaśmiała się dźwięcznie. Nie była specjalnie zdziwiona. Cieszyło mnie, że tak łatwo przyjęła to do wiadomości.
-No tak, kochanie zapomniałaś o czymś jeszcze. Erick. –skrzywiłam się na sam dźwięk tego imienia.
-Taa. Cóż to już trzeba opowiedzieć od początku. A zrobi to najlepiej Jack. –spojrzał na mnie zniesmaczony.
-No dobraa. Słuchaj uważnie –opowiedział całą historię wspominając o tym, że ja się odradzałam, że teraz mogę cofać się w czasie, że on chce mnie wiecznie zabić. Niczego nie pominął. Nawet planu unicestwienia i jej rolę w nim. Pokiwała głową.
-Tylko jeden drobny szczegół. W poniedziałki nie robią badań Emik –walnęłam się ręką w głowę. Zupełnie o tym zapomniałam.
-Co teraz?!
-O Boże czy ty nigdy nie kłamałaś jeszcze? Kochanie miałaś wesele, później poprawiny i zaspałaś. Proste. Nikt się nawet nie będzie dziwił jak będziesz lekko przymulona.
-Aniele już wiem czemu upadłeś. Jesteś mistrzem kłamstw –posłał mi całusa.
-Zakochani. Jak ona ma dziś kogoś unicestwić to musimy się zbierać chyba co –cała Lily. Zawsze wszystkich ustawia do pionu.
-Racja. Jack mam pytanko. Ile masz u siebie sypialni?
-Pięć sypialni, dwa pokoje gościnne, a co?
-No może jakbyś nie miał nic przeciwko to byśmy wszyscy się u Ciebie przespali. Nie chciałabym żeby Li wracała sama do domu.
-Pewnie kochanie. Zapraszam wszystkich na piżama party. –walnęłam go w ramię. –Skarbie trzeba ci zdjąć szwy. –zrobiło mi się nieco niedobrze. Spojrzałam na przyjaciółkę w której oczach widziałam współczucie. Zdjęłam bluzę. Z opatrunkiem pomogła mi Ashley, po nim ukazały się szwy. Nieprzyjemny widok.  
-Będzie blizna?
-Taka maleńka –pokazał palcami pół centymetra. Roześmiałam się. –Mówię poważnie. Blizny nam się ładnie zrastają. Nie będzie prawie śladu.
-Tak się cieszę. –w ręku Simona zalśniły nożyczki. Szwy odpadały jedna po drugiej. W końcu skończyły się, ręka mnie trochę piekła, ale tak w ogóle to nie był koszmarnie. Ubrałam się znowu. Wyszliśmy z budynku i całą siódemką do domu Jacka.

Nie możesz dodać komentarza.